"Stado. Dziennik"
09.01.2026 (piątek)
Kilka telefonów od Marcina K. Nie odbieram połączeń. Nie oddzwaniam. Numerus clausus dla ludzi, z którymi chcę być w kontakcie, czy może noszę w sobie złe wspomnienie związane z postacią Marcina? Był w moim życiu czas, kiedy ktoś taki jak Marcin mógł aspirować do roli przewodnika jeśli nie instruktora w kilku istotnych kwestiach. Zdarza się, że w takich momentach ktoś nadużyje naszego zaufania. Tak właśnie stało się w przypadku Krzywego. Dla mnie natomiast skończyło się to skomplikowanym splątaniem na poziomie rozpoznań i błędów poznawczych. Niebezpieczną utratą orientacji względem horyzontu i ostatecznie rozbiłem się o to boleśnie. Z całą pewnością nie powinienem tego tak zostawiać, a Marcin zasługuje na uczciwe wyjaśnienie braku mojej responsywności. Nie jest to kwestia, która spędza mi sen z powiek, ale z całą pewnością jeśli transparentność i przejrzystość w jakiś sposób należą do cech opisujących postawy z kręgu szeroko pojętej męskości - uważam, że właśnie w taki sposób powinienem postąpić.
Zabawna sprawa z tą męskością. Zabawna i dość ponura jednocześnie. Mówię o świecie, w którym nie ma miejsca dla jednoznacznej i świadomej męskości. Mówię o rzeczywistości, w której jako mężczyzna wciąż staram się odnaleźć w promieniowaniu energii pochodzącej od mężczyzn nie od kobiet, ponieważ energii kobiet przebywałem przez lata, w ich energii nauczyłem się mówić i pisać, w ich energii uczyłem się postępować “jak należy”, w ich energii stawałem się tym kim byłem. Kimś, kim dzisiaj nie jestem. A zatem, skoro tamtego mnie nie ma, musiał zjawić się inny. Naturalnie ów inny zjawia się w konsekwencji trwającego kilka lat procesu porzucania określonych narracji oraz całego imaginarium pochodzącego z feministycznych i feminizujących opowieści, które dominują w mainstreamie wbrew temu, czemu mainstream wciąż stara się zaprzeczać koncentrując się na batalii toczonej z coraz bardziej widmowym patriarchatem. Ów inny zjawia się zatem wypełnionym biegunowo odmienną mocą. Być z tą mocą w czasie dla mężczyzn nieprzychylnym, to wyzwanie godne mężczyzny. Dziś napisać podobne zdanie to zgrzeszyć przeciwko inkluzywności, równości i Bóg wie, czemu jeszcze. Dziś dużo lepiej i wygodniej być nie-mężczyzną, po prostu. Kim jest ów nie-mężczyzna? Trudno powiedzieć. Nikt nie wie.
Rzecz w tym, że większość informacji na swój temat współcześni mężczyźni wciąż czerpią od kobiet. Tak problem widzi m.in. James Hollis (“W cieniu Saturna”), co nie zmienia faktu, że podobnie jak życiem kobiet, życiem mężczyzn również rządzą restrykcyjne oczekiwania choćby w wymiarze pełnienia tak zwanych “ról”. To dość obciążające i często ma niewiele wspólnego z tym, co można nazwać męskimi potrzebami, o których można powiedzieć, żę są autentyczne. Wiele natomiast ma wspólnego z tymi, które zostały po prostu stworzone na użytek nie-mężczyzn.
Stąd (i nie stąd) bierze się przecież strach o to, że można nie sprostać. Strach i lęk, z którym większość mężczyzn mierzy się odkąd pamięta. Lęk nieco bardziej uogólniony, który usiłują rozbroić w formie kompensacji, a później mamy wiele śmiechu i dobrej zabawy z tych wszystkich mechanicznych gadżetów, domów stawianych na przedmieściach, obsesji władzy lub pozycji społecznej (zwał jak zwał). Tego wszystkiego, co dzisiaj mocno na wyrost i często bezrefleksyjnie nazywa się toksyczną męskością, co oczywiście jest nadużyciem wprost. Ci, którzy powinni o tym wiedzieć, nie wiedzą. Ci natomiast, którzy mają wiedzę o tym skąd ów termin wziął się w dyskursie o męskości - woleliby o tym zapomnieć. Najgroźniejsze jest zwierzę, które się boi - mówi Hollis, kiedy pisze:
“Kompleks władzy jest główną siłą w życiu mężczyzn. Prowadzi ich i zadaje im rany.”
Zabawne jak mocno przeceniamy wagę świadomości, bo przecież kompleks, to nic innego jak doświadczenie, które wchłonęło gigantyczną dawkę złych emocji. Możemy tego nie pamiętać, ale to coś (czymkolwiek jest) pamięta o nas i wraca. Zresztą - najczęściej rządzi nami to, czego nie widzimy, to czego o sobie nie wiemy, a przez to nie mamy nad tym absolutnie żadnej kontroli. Budzimy się, kiedy jest za późno, albo nie budzimy się wcale.
Kobiety przynajmniej mają kontakt ze swoimi emocjami. Mężczyźni od dziecka są od nich odcinani na bazie banałów zwalniających z myślenia. Frazesów podobnych do tych o chłopakach, którzy nie płaczą. John Lee (bezpieczniej byłoby nie powoływać się na niego, ale zaryzykuję i zrobię to mimo wszystko) zamknął ten stan zmącenia, który nieudolnie staram się tutaj oddać, w krótką i mocną konkluzję, pisząc o paradygmacie myślowym, który mówi do mężczyzn:
“Nie czuj. Umrzyj wcześniej niż kobieta. Nie mów. Nie rozpaczaj. Nie złość się. Nie rozrabiaj. Nie ufaj innym mężczyznom. Nie przekładaj zamiłowań nad opłacanie rachunków. Podążaj za tłumem, a nie za własnym szczęściem”.
Cały paradoks polegałby zatem na tym, co zauważa cytowany już wcześniej Hollis, że: “Jeżeli będziemy pamiętać o tym, że patriarchat jest kulturowym podstępem, wynalazkiem służącym kompensacji niemocy, możemy sobie uświadomić, że wbrew obiegowej opinii, to mężczyźni reprezentują płeć zależną”.
Brzmi jak herezja. Teza o potencjale obrazoburczym? Niekoniecznie. Wystarczy się rozejrzeć i przyjrzeć uważniej większości mężczyzn, którzy w gruncie rzeczy, poza tym, że wiele mówią, robią dokładnie to, czego od nich oczekują ich partnerki. Co to ma wspólnego z ich własnymi potrzebami? Nie wiedzą - nie sprawdzili. Czy mają świadomość ich istnienia?
Nie wiedzą - nie sprawdzili. Czy wiedzą, co jest dla nich zła, a co dobre? Nie wiedzą - nie sprawdzili.Czy wiedzą, kim są ludzie, którym poświęcają czas i uwagę, czego ci ludzie od nich chcą i dlaczego chcą właśnie tego? Nie wiedzą - nie sprawdzili. Czy czują to, co przeżywają? Czy potrafią to nazwać? Czy wiedzą dokąd skąd przychodzą, dokąd idą i do czego przynalażą? Nie wiedzą - nie sprawdzili. Można w ten sposób bez końca.
Dla jasności - czym innym będzie w tym miejscu nierówność systemowa pomiędzy kobietą i mężczyzną - patrz np. równość płac. Czym innym będzie nierówność wynikająca z uprawianych narracji na temat ról, zadań i powinności. A jeszcze czym innym będzie trwanie przez większość mężczyzn w słodkim śnie o życiu, które wygląda dla nich tak, jak wygląda. Ponieważ śpią głęboko, a sypiają wygodnie. Co więcej - odnajdują nawet w tym stanie jakieś plusy. Na dodatek “dodatnie” - jak powiedziałby klasyk.
Tymczasem wielokrotnie cytowany już Hollis powiada: Pytanie, które powinien zadać sobie mężczyzna brzmi: które obszary nieprzeżytego życia mojego ojca powinienem zająć. Gdzie powinienem wbić swoją flagę?
A zatem kilka słów o ojcach. Zanim to jednak nastąpi, raz jeszcze Hollis i jego spostrzeżenie, że oto życiem mężczyzny rządzi przede wszystkim strach, że nie sprosta Ów strach aktywują sytuację fizycznego i psychicznego testowania. Badania, na które powołuje się Hollis wskazują, że ogrom mężczyzn bardziej niż śmierci boi się braku sprawczości, choroby lub niemocy. Pisze o tym, że kompleks władzy rani mężczyzn i zadaje im rany. Wskazuje również na to, że mężczyzn łączy swoista "zmowa milczenia", której celem jest stłumienie "prawdy emocjonalnej". Pisze również, że większość mężczyzn "nie opuściło swoich matek", a tym samym nigdy nie stało się mężczyznami wikłając się nieustannie w swojej chłopięcości i szukając w swoich potencjalnych partnerkach niemożliwej w gruncie rzeczy zastępowalności w tej przestrzeni. Nie jest to wina mężczyzn i nie jest to wina matek. Być może jest to wina ojców, który po prostu nie ma. A jeśli są - męskość jest dla nich zestawem banałów zwalniających z myślenia, abstrakcją lub pakietem stereotypów, które zaszczepiają swoim synom, co ostatecznie prowadzi do katastrofy.
Hollis zwraca również uwagę na to, o czym wspomina aktor James Baldoni, cytowany w opublikowanym jakiś czas temu w magazynie Wysokie Obcasy tekście autorstwa Katarzyny Seiler. Baldoni zwraca uwagę na to, że mówienie do chłopca “NIe płacz” lub "Nie zachowywał się jak baba" prowadzi do dożywotniej separacji od samego siebie. Zasadniczy problem polega jednak na czymś innym. Otóż chłopiec o byciu mężczyzną powinien dowiadywać się od ojca. Przyglądać mu się, kiedy ten zmaga się z życiem, ulega emocjom, ponosi porażkę, upada - powinien przyglądać się mężczyźnie, który ma kontakt ze sobą, swoimi potrzebami, który idzie swoją drogą. Pokażcie mi takich ojców współcześnie.
To nie jest akt oskarżenia skierowany przeciwko współczesnym ojcom, bo przecież oni również uczyli się bycia mężczyznami od kobiet. Ojcowie przestali być obecni i aktywni w życiu chłopców całe dekady temu. W części literatury dotyczącej problemu męskości wyjaśnia się to zmianą w strukturze gospodarczej. Pracą mężczyzn w fabrykach lub korporacjach i zmianą polegającą na tym, że syn nie przygląda się już ojcu w jego codzienności. Nie uczy się od niego. Dziesiątki lat temu synów wychowywać zaczynają kobiety, a wszelkie procesy inicjacyjne związane ze "stawaniem się mężczyzną" zostają zatrzymane. Mężczyźni dowiadują się zatem "jak być mężczyznami" od kobiet, co ostatecznie ma charakter postulatywny i pochodzi z obszaru zupełnie innej energii niż ta "męska" - cokolwiek ona miałaby oznaczać - bo przecież współcześnie również nie bardzo potrafimy to powiedzieć. W pewnym sensie relacja ojciec - syn oraz jej dekonstrukcja odpowiadają za zerwanie więzi mężczyzn z męskością postrzeganą nie jako wzorzec archetypicznych zachowań, ale dojrzałe i świadome bycie dorosłą istotą ludzką pozostającą w kontakcie ze sobą i ze swoją płcią. Co to współcześnie oznacza również nie jest do końca jasne, a to nie ułatwia sprawy. Zresztą to trochę jungowskie, skoro to on zauważał, że najczęstszym brzemieniem dla dziecka jest nieprzeżyte życie jego rodziców.
Paradoksalnie kompensacją męskich lęków jest (był) patriarchat, który "miłość zastępuje władzą" (znów Jung, który pisał, że tam gdzie jest władza, nie ma miłości). Monick natomiast twierdzi, że "pierwotnym wrogiem mężczyzny jest strach przed kobiecością i zranieniem przez innych mężczyzn". W tym miejscu aktywny staje się "rozdęty kompleks władzy i kierowana na zewnątrz furia". Cytowany już Hollis w "Cieniu Saturna" definiuje pytania jakie powinien zadać sobie mężczyzna: "Jakie lęki mnie blokują? O jakich czekających mnie zadaniach wiem w głębi własnego serca? Do czego wzywa mnie życie? Czy mogę uzgodnić swoją pracę z własnym duszą?Jak mogę służyć zarówno relacji jak i indywiduacji? Które obszary nie przeżytego życia mojego ojca powinienem zająć i wreszcie - o czym już była mowa: Gdzie powinienem wbić swoją flagę?
“Kobiecość w większym stopniu determinuje biologia, a męskość - kontekst społeczny. Dlatego męskość jest bardziej krucha niż kobiecość. Kiedy miał miejsce ostatni kryzys kobiecości? Zgadza się - nigdy”. - napisze Richard V. Reeves w swojej książce zatytułowanej “Chłopcy i mężczyźni. Dlaczego współcześni mężczyźni przeżywają trudności, dlatego to ważne i co z tym zrobić”. I będzie miał rację. Ma rację.
Traktuję ten wątek dygresyjnie. Tworzę kontekst. A do Marcina wcześniej czy później należało będzie oddzwonić. Chłopcy robią to na co mają ochotę. Mężczyźni powinni zadbać jeszcze o to, żeby robić to, co robić należy. Słowo “należy” różni się od słowa “powinni”. “Powinni” zawsze przychodzi z zewnątrz. A dobrze jest jeśli mężczyzna lepiej wie, co robić należy, niż co zrobić powinien.
Trwa ładowanie...