"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

12.01.2026 (poniedziałek)


 

Atak zimy. Niegdyś zupełnie naturalna kolej rzeczy. “Jest zima, więc musi być zimno” - stwierdza oczywistą oczywistość bohater jednej z komedii Barei. Dzisiaj ów fakt niejednokrotnie jest przyczyną zdziwienia, któremu towarzyszy paraliż służb miejskich i dość powszechne niezadowolenie, że śnieg, który spadł obficie utrudnia poruszanie się po mieście, sypie się do butów (któż dzisiaj nosi buty jednoznacznie zimowe?) oraz wpędza w zapalenie płuc całe pokolenie Zetek, boleśnie nienawykłe do mrozów i niskich temperatur.

A zatem spacer w imponującej zamieci, w bieli która porządkuje przestrzeń i sprawia, że miasto przypomina nieczynne muzeum, w którym na eksponaty, ktoś troskliwą ręką narzucił jasne i rozległe płótna. Liryczny obraz, który staram się tworzyć na użytek tej narracji pozostaje w zupełnej sprzeczności z tym, że owa biel i ów porządek wykluczają możliwość lektury, którą zwykle uprawiam w marszu nie marnując tym samym czasu na puste przebiegi. Z drugiej strony - czy owe przebiegi w sensie ścisłym - nie powinny pozostawać puste. Czy spacer nie powinien być interpretowany wyłącznie jako spacer. Skąd potrzeba wartości dodanej, którą ma być zaspokojenie poznawczego głodu lub mówiąc wprost - proces twórczy, bo przecież ten dziennik ma swoje źródło w lekturach, z którymi uparcie wędruję? Z trzeciej strony - jak mawia Radek - tyle mamy do zrobienia w codzienności, że stale jesteśmy zmuszani do wydzierania z niej - strzępów czasu - który możemy przeznaczyć na niecodzienne w potocznym znaczeniu czynności. Więc śnieg i mróz przez który Radek raz po raz spóźnia się na pociąg do pracy. 

W domu natomiast - zewsząd książki. Coraz wyżej w stosy. Jak pnące, żarłoczne rośliny anektują przestrzeń, rosną obok łóżka i na parapetach, wysypują się stosem w stos z prowizorycznych biblioteczek organizowanych wszędzie tam, gdzie zdoła człowiek znaleźć dla nich miejsce. Tyle tytułów czeka na swoją kolej, tyle treści chciałbym mieć już w sobie, że wszystkie te gąszcze, sploty - cały ten busz pełen stron gęsto pokrytych drukiem jest powodem rosnącego we mnie niepokoju - przekonania, że przecież nie zdążę. 

Nie dam rady wszystkiemu - bo codzienność. Nie poradzę, bo stado. Nie zdołam, bo obowiązki natury prozaicznej i te o charakterze bardziej wzniosłym. Te wychowawcze i te, w których staram się znaleźć jakieś przyjemności (czy obowiązek może być ich źródłem, skoro sam w sobie jest przecież obowiązkiem?) Od kilku dni wplątany jestem w narracje zdecydowanie religijną, którą okazał się zbiór esejów Surdykowskiego. Z częścią rozpoznań zgadzam się entuzjastycznie, część jednak demaskuje tezę, z którą ten esej przychodzi. Otóż - sens świata, a tym samym życie, które nam się w tym świecie przytrafia, przestają mieć sens bez Boga. Jakkolwiek rozumianego - ale jednak.Tyle, że im głębiej w to, o czym Surdykowski prawi, tym bardziej ów Bóg przestaje być rozumiany “jakkolwiek”. Jawi się bowiem wprost jako osobowy Bóg katolików. A jeśli nie katolików - to z całą pewnością - chrześcijan. Co oczywiście nie sprawia, że skóra na mnie syczy jakby się rozlał na wampirzy tyłek galon święconej wody, ale oczekiwałem od Surdykowskiego, że jednak potrafił będzie do końca powstrzymać się od wyznań wiary, co z całą pewnością nieco inaczej ustawiłoby ten tekst interpretacyjnie, a tak ciąży na nim bagaż określonej jednak dość precyzyjnie moralności, historiografii, a nawet estetyki. W pewnym sensie to, co znajduję u Surdykowskiego jest przedmiotem moich obecnych zmagań z na nowo interpretowaną “naturą Wszechświata” (wzniosłość stwierdzenia jest w tym wypadku w pełni zamierzona), to jednak stwierdzenie Surdykowskiego, za Whiteheadem, że “Istnienie Boga warunkuje globalny sens mimo lokalnych nonsensów” wymaga otwarcia się na pewien rodzaj retoryczności, na który gotowość nie jest dla mnie pewna. Zresztą wiele tutaj romantyzowania figury Boga jako takiej. Alfred North Whitehead obficie w tych esejach cytowany jest w tym względzie kopalnią sugestywnych stwierdzeń i wniosków, na przykład:

“Poza religijną wizją życia, życie ludzkie jest tylko migotaniem przypadkowych przyjemności rozjaśniających masę bólu i nieszczęścia, stanowi tylko okruch przemijającego doświadczenia”

Albo:

“Człowiek bez Boga jest najnieszczęśliwszym ze zwierząt, bo tylko on ma świadomość nieuchronnej śmierci i tylko on musi ją oswoić”

I jeszcze:

“Uwielbienie Boga nie jest regułą zabezpieczającą, jest przygodą ducha. Śmierć religii przychodzi wraz z upadkiem nadziei na Wielką Przygodę”.

“Wielka Przygoda” zjawia się w moim wypadku z pewnym wyprzedzeniem, mimo tego, przyznaję, że nie potrafię ironicznie dystansować się do Whiteheada. Co więcej - zgadzam się w duchu z tym, co pisze. Zgadzam się wiedząc jednocześnie, że mój wczorajszy ateizm, nie jest dzisiejszą, bliską mi postawą - jednocześnie pamiętam, że był w nim zawsze pewien rodzaj smutku, który wiązał się z widmowym, ale jednak poczuciem jakiejś straty. W owej utracie natomiast wciąż odnaleźć potrafię ów szczególny rodzaj melancholii, który niesie w sobie przeświadczenie, że jest to strata nie do nadrobienia, zguba, która się nie odnajdzie, owa pustka, która się z nimi wiąże - jest niczym więcej jak tylko niezbędnym paliwem, które czyni ową Wielką Przygodę - możliwą. Przynajmniej na poziomie pewnej potencjalności. 

Oczywiście ma się to nijak do tego, o czym pisze Camus, który zauważa (poniekąd słusznie), że wielkość człowieka polega na tym, że żyje wobec braku sensu. Dzisiaj wciąż nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, który z punktów widzenia wydaje mi się bliższy. Oba natomiast cechuje wysoki stopień egzaltacji. Nie odwracam się od niej “wstrząśnięty” niemodną postawą, bo przecież dzisiaj o wiele lepiej uprawia się ironię, hoduje się sarkazm, w najlepszym wypadku nieprzejrzystość i wieloznaczność. Dzisiaj gestem o wiele bardziej kontrkulturowym wydaje się nawrócenie na chrześcijaństwo niż apostazja czy hucznie deklarowany ateizm. Wykpić o wiele wygodniej niż wysłuchać z uwagą. W kulturze, w której powierzchowność stała się standardem, coraz trudniej opowiadać historie, których nie można sprowadzić do atrakcyjnego nagłówka. Gdyby kapitał kapitał kulturowy ogromnej części naszych sióstr i braci był gotówką nawet w mocnej walucie, można by go roztrwonić do szczętu robiąc nieostrożne zakupy w Pepco. Proszę mnie pozwać za to stwierdzenie, albo zarzucić mi klasizm. Dzisiaj wmawia się ludziom, że ich wolność to również prawo do bycia ignorantem lub głupcem. Skoro im się to wmawia, to proszę im teraz pozwolić ślinić się nad zrozumieniem krótkiego tekstu, z którym muszą zmierzyć się zamiast scrollować kolejne rolki na TikToku. 

Nie ma w tym co piszę intencjonalnej pogardy. To raczej stwierdzenie faktu, który przecież doskonale pozwala się zaobserwować jeśli nawet nieuważnie przyglądamy się współczesności. Kapitał kulturowy przeciętnej Kowalskiej i Kowalskiego ubożeje z roku na rok i  z dekady na dekadę staje się coraz bardziej nieuprawnym stepem. Trudno więc się dziwić naszej kondycji zarówno na poziomie poszczególnych jednostek jak i na poziomie wspólnoty - o ile wciąż nią jesteśmy. 

A zatem kontrkulturą nie jest dziś bycie na przekór konserwatywnym wartościom, czy religijnym opisom świata dopuszczającym istnienie określonego rodzaju Absolutu - Boga osobowego, czy jakkolwiek pojmowanego Stwórcy. Kontrkulturowym gestem może okazać się wyjście im naprzeciw lub próba dialogu, a nawet nasłuchiwanie z umysłem i wrażliwością, które zdolni jesteśmy otwierać na nowe lub inne. Szczęśliwie nie wszystko można zredukować do poziomu mema. wbrew temu, co może sugerować współczesność jesteśmy jednak czymś więcej. 



 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...