"Stado. Dziennik"
15.01.2026 (czwartek)
Bierdiajew czytany nocą. “Nowe średniowiecze”, po które sięgam ukazuje się na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia (wydanie polskie w roku 1936) tymczasem mam wrażenie, że przynajmniej jakaś część intuicji Bierdiajewa to niemal precyzyjny opis współczesności, której doświadczam sto lat później. Na przykład, kiedy Bierdiajew notuje:
(...) Europejczyk zawisł w próżni. Nie ma żadnego punktu oparcia nie wyczuwa pod stopami żadnej głębi. Egzystencja jego stała się trywialnie pospolita. Jest to wegetacja niejako w dwóch wymiarach. Ogranicza się ona ściśle to tego, co jest na ziemi, a raczej do tego, co znajduje się na jej powierzchni. Natomiast co jest nad nią i pod nią, to pozostaje nieuchwytnym dla dzisiejszego człowieka"
Albo:
"Wszelkie znaki wskazują że wyszliśmy z historycznej ery dziennej i wchodzimy do ery nocnej. Przeczuwają to ludzie obdarzeni intuicją. Czy można oceniać ten fakt jako zło? Czy można mówić, że jest posępny albo że jest pesymistyczny? Samo postawienie pytań tego rodzaju jest nieprawidłowe do głębi antyhistoryczne i zbyt racjonalistyczne. Opadają zasłony kłamstwa, odsłaniając w całej nagości dobro i zło. Noc nie jest mniej piękna niż dzień i nie jest mniej boska, A rozświetla ją blask gwiazd i noc zawiera w sobie takie objawienia, w jakich nie zna dzień. Noc bliższa jest początku stworzenia, bardziej żywiołowa niż dzień. Otchłań rozwiera się tylko w nocy. Podczas gdy dzień przeciwnie rozciąga nad nią zasłonę."
Bierdiajew dostrzega to jeszcze przed doświadczeniem nazizmu i Zagłady, przed bankructwem włoskiego faszyzmu, przed krwawą jatką hiszpańskiej wojny domowej, przed klęską człowieka palącego żywcem mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki, przed pojawieniem się świata, który na długie lata zamiera w nuklearnym szachu, pisze to zanim w Rosji wygodnie rozsiądzie się bolszewizm w wydaniu stalinowsko-leninowskim. “Noc”, o której wspomina dopiero nadchodzi. Jest częścią naturalnego cyklu, owej “rytmicznej zmiany epok”, którą określi mianem “Nowego średniowiecza” dostrzegając w nim “przejście od racjonalizmu czasów nowożytnych do irracjonalizmu, albo raczej do nadrracjonalizmu typu średniowiecznego". Owa “noc” przychodzi z głębin ludzkiej natury, w której zawsze więcej jest zamętu i słabości niż porządku i wiary.
Naturalnie w kontekście tezy Bierdiajewa, że oto źródłem rozwoju dziejowego jest Bóg działający przez człowieka, możemy zabrnąć zbyt daleko. Dlatego zredukuję kwestię jedynie do wrażenia, któremu uległem. Że oto, “Era nocna” staje się właśnie moim (naszym) doświadczeniem i nie wybrzmiewa ona dla mnie jak pociecha. Że oto noc posiada jakieś właściwe dla nocy olśnienia. Kiedy człowiek przygląda się światu przez okna serwisów informacyjnych - ów świat zawsze płonie. To naturalna konsekwencja tego, że ktoś kiedyś zdefiniował właściwie naszą skłonność do większej aktywności uwagi w sprawach Zła, które się wydarza, niż w sprawach Dobra, którego również z całą pewnością nie brakuje. Tyle, że dobro nie jest aż tak fotogeniczne oraz - nie bójmy się tego stwierdzenia - bywa nudne.
Więc, kiedy zapada noc, a kołysankę światu nuci Donald Trump na przemian z Władimirem Putinem, to zaczyna się człowiek pod pościelą odrobinę pocić z przejęcia i słusznie obawia się tego, że coś nad nim wisi wahliwie i że to nie jest żadna jasna gwiazda. Wszystko to w ponurym tonie wybrzmiewa u Bierdiajewa łącznie z jego rozliczeniem humanizmu i indywidualizmu za ich nieuniknione bankructwo, ich “wybór człowieka” jako jedyny dla niego samego punkt odniesienia, co zdaniem rosyjskiego filozofa - samo w sobie - wieści klęskę i spektakularny upadek.
“Nie może być sam człowiek celem człowieka” - pisze Bierdiajew. Taki człowiek nie ma ku czemu dążyć. A zatem: “Indywidualizm jest w samym swem założeniu reformą negatywną jego rozwój nie dał człowiekowi żadnej treści. Indywidualizm nie ma w sobie nic ontologicznego i nie opiera się on na wieczności" (...) "Indywidualizm zamknął człowieka w samym sobie i w tych formach, któremi człowiek oddzielił siebie od innych ludzi i od świata". Nie trzeba dodawać, że lekarstwem na ową niedolę jest zwrot duchowo-religijny i umieszczenie Boga na właściwym miejscu w jedynie słusznej hierarchii, a wtedy jak chciał św. Tomasz wszystko inne również znajdzie odpowiednie oraz należne mu miejsce, bowiem "Człowiek bez Boga przestaje być człowiekiem” - tyle Bierdiajew. Można się z nim zgadzać lub być przeciw niemu.
Tymczasem ja - żeby charakter własnych rozważań uzasadnić, szukam w sobie słabości, która może mnie zwodzić i odwracać mnie od tego, co wydawało mi się pewną stałą przyjętego wcześniej światopoglądu. Jestem więc względem siebie podejrzliwy. Staram się przejrzeć, żeby móc zrozumieć, co mną kieruje, kiedy sięgam po autorów z kręgów bliskich narracji Bierdiajewa. Kiedy używam słowa Bóg, które w tym dzienniku znalazło już sobie stałe miejsce, a przecież wiem, że wciąż mowa jedynie o konstrukcie. A może tylko staram się do tego przekonać? Może jestem już zupełnie gdzieś indziej, a słabość, którą sam sobie zarzucam, chcę zwrócić przeciwko naturalnemu i zasadnemu pytaniu o sens, które niewypowiedziane i tak stanowi dla tego dziennika fundament?
Coraz wyraźniej to widzę i coraz trudniej odwracać się od tego, a przecież to może zawstydzać notującego te słowa. Żyjemy bowiem w czasie, kiedy dużo bardziej powszechną postawą jest dowcipny dystans, przenikliwa ironia, bierno-agresywny sarkazm niż wszelkie próby zachowania powagi, które ostatecznie i tak zostaną potraktowane jak próby “robienia komedii”, czego doskonałym przykładem jest moja niedawna rozmowa z pisarką Katarzyną M., która po lekturze jednego z fragmentów dziennika natychmiast niemal zauważa w owym fragmencie - ironię.
Czy obliczyłem ów tekst ironicznie? Czy podświadomie uciekam w bezpieczne objęcia ironii, żeby się koniec końców przypodobać współcześnie uprawianym dykcjom? Czy można przeczytać cudzy tekst, coś w nim dostrzec i upierać się, że to istnieje, tylko dlatego, że dostrzegło się to coś i nazwało? A może czyta się w oparciu o pewien interpretacyjny nawyk? Skoro człowiek odwykł od powagi, nie widzi jej tam, gdzie ona rzeczywiście znajduje swoje miejsce. Zamiast niej natomiast zauważa kpinę, ponieważ do głowy mu nie przyjdzie, że ktoś może pochylać się nad czymś - całkiem serio. Naturalnie nie odwracam się od humoru. Humor ma moc ratowania życia. Humor ma moc uzdrawiania i zdecydowanie skutecznie sprawdza się jako środek przeciwbólowy. Humor wciąż pozostaje niezbędny w literaturze, w sztuce, w codzienności. Nasza kultura wypracowała jednak wyśmienity mechanizm podsuwania nam wszelkiej maści wymówek. Humor świetnie sprawdza się jako jedna z nich. Taki humor zupełnie mnie nie interesuje. Chcę prawdy, ponieważ wierzę, że istnieje prawda.
Wiele ryzykuję tym romantycznym stwierdzeniem. Wiemy już przecież o istnieniu post-prawd, które również należą do zestawów wymówek, które podsuwa nam współczesna kultura. Istnieje wiele prawd - powiadają współcześni. Każdy ma swoją prawdę - mówią. Różnie bywa z tą prawdą - kwitują. Nie ma jednej prawdy - wygrażają. Współczesna kultura obraża się na nas zawsze wtedy, kiedy odzywa się w nas potrzeba uniwersalizacji. Nawet ojczyzny są małe. Żyjemy przecież w świecie małych ojczyzn. Tęsknota do nich jest być może odruchem ucieczkowym od pacyfikującej nas globalności, ale jednak wciąż dajemy sobie prawo do prawd prywatnych, prawd na użytek własny, prawd małych i mniejszych, prawd szczątkowych. Odwołanie się do innej prawdy niż własna, choćby do jakiejś prawdy określonej wspólnoty jest aktem pojęciowego fundamentalizmu. Natychmiast zostaje człowiek inkwizytorem, dogmatykiem, “talibem”. Przede wszystkim jednak - wydaje się śmieszny. Komedia w miejsce dramatu. Jeżeli nie jest to działanie intencjonalne, jest to z całą pewnością fundamentalna klęska.
Co jeśli istnieją wyłącznie dwie kategorie opisu świata? Przeciwstawne sobie: Prawda i Nieprawda? Co jeśli tak jest wbrew temu, z czym zostajemy mając już w sobie doświadczenie ponowoczesności lub post-ponowoczesności. Co jeśli żyjemy doświadczając bez końca kolejnych zaprzeczeń i sprzeczności opatrywanych zaklętym przedroskiem “post”, pozostając w absolutnym zmąceniu, odcięci od każdego porządku, który miałby swoje korzenie w czymś, co Bierdiajew nazywa “pierwiastkami wyższymi od człowieka”. No ale jeśli człowiek rzeczywiście jest miarą wszechrzeczy jak chce Protagoras z Abdery, to owo pragnienie i owa potrzeba, którą tutaj nieostrożnie komunikuję - jest herezją, ponieważ przypomina “odstępstwo od wiary”. Wiary w świecki humanizm i indywidualizm, z którymi tak bezlitośnie rozprawia Bierdiajew. A to już jest o jeden krok za daleko jeśli chce się być traktowanym poważnie przez tych, którzy paradoksalnie od wszelkiej powagi starają się konsekwentnie odcinać.
Tymczasem śnieg stopniał i zamiast porządku bieli - chaos odwilży. Miasto wydaje się brudne i jeszcze bardziej niż zwykle - ponure. Na szczęście jest cieplej, więc można będzie znowu maszerować z książką. “Groza” leży w stosach i czeka. Trzeba będzie dać głowie odpocząć od spraw ostatecznych i przenieść się na jakiś czas w świat Lovecrafta lub Kinga, a może nawet uciec - kto wie, w ociekające posoką “Księgi Krwi” Bakera, do których nie mogę zabrać się od kilku tygodni.
Trwa ładowanie...