"Stado. Dziennik"
18.01.2026 (niedziela)
Marian Kisiel w “Czwartej nad ranem” notuje
"Kiedyś dążyłem do tego, by moje lektury były systematyczne, obfite i z najwyższej półki. Niekiedy pozwalałem sobie na przerywnik i czytałem prozę niskich i średnich lotów. A dzisiaj jest mi wszystko jedno. Każdą lekturę można przeżyć prawdziwie lub udając, wznieść się dzięki niej ku wyżynom emocji lub spaść na dno w czeluść obojętności".
Bliskie jest mi stanowisko Kisiela w sprawie lektur. Bliskie i uprawiane, bo przecież pół soboty spędziłem czytając grozę w wydaniu Clave’a Bakera, a drugie pół mierząc się z Camusem i Andrzejewskim. U Bakera natura ludzka podobnie jak u Kinga, czy Jackson zostaje nakreślona z chirurgiczną precyzją. A to, że groza kreśli ową naturę krwią - to inna sprawa. Krew ma właściwą sobie trwałość. Mocno plami i głęboko wsiąką.
Jeśli ten dziennik miałby zdefiniować swoich duchowych patronów, z całą pewnością Camus i Andrzejewski znaleźliby się pośród nich. Tyle, że ów duchowy patronat ma charakter zdecydowanie symboliczny, bo jest we mnie teraz ruch niezwykły, intensywny i niepokojący, a tropy plączą się i porządkują pośród inspiracji nieoczekiwanych oraz tych, których należałoby się spodziewać. A z literatury brać można bez ograniczeń to, czego się potrzebuje jeśli tylko ma się wyostrzoną uwagę i wie czego szuka. To my ostatecznie przychodzimy “do książki” z opowieścią, wbrew temu, co wydawałoby się dużo bardziej oczywiste, że oto opowieść przychodzi do nas “przez książkę”.
Więc z jednej strony ufnie rozglądam się wokół i czekam aż los mi podeśle pożądane treści. Z drugiej strony raz pochwycony trop staram się w sobie zatrzymać i tym tropem podążać. Głód sensu jest tego dziennika paliwem. Pisałem o tym wcześniej i pisał będę dalej, bo przecież udręką staje się upływ czasu, udręką mgnienia podobnych do siebie tygodni, udręką coraz bardziej pochyła równia, udręką prędkość, z którą się człowiek na tej równi porusza.
O czym jest owa opowieść, z którą przychodzę do książek układanych w stosy? O czym naprawdę rozmawiamy, kiedy w ciszy pustego mieszkania staram się zapomnieć jak niewiele dzieli mnie od krawędzi, gdzie swoją robotę, w nieprzyjaznej otchłani robi rozpacz - ów przeciwległy biegun nadziei - wciąż przecież widmowej, nieurosłej, kruchej jak dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Ledwie posianej, wciąż gubionej, traconej z oczu na długie i niespokojne godziny.
"Nie uprawia się ogródka na polach Apokalipsy (...) Większość naszych współczesnych mieni się wierzącymi, ale kultura, w której żyją, ignoruje ich wierzenia albo je sobie podporządkowuje. Ta kultura nie jest już religijna, ale nie jest też taka ateistyczna, jak by się tego sama po sobie spodziewała. Nasza epoka okazuje się niebywale skuteczna w tworzeniu na oślep cywilizacji, której absolutnie nie potrafi doprowadzić do ładu" - pisze Andre Malraux (“Przemijanie a literatura”) cytowany przez Kisiela w “Czwartej nad ranem”.
Znajduję ten fragment wczoraj w nocy i wiem, że to jest początek trudnej i wymagającej rozmowy - dialogu z tekstem - zwęszonym tropem, za którym podążam. Ateista, który sięga po religijny opis świata. Ziarno, które przytrafia się ślepej kurze. Nadmiar lub brak powagi - tym pachnie wnętrze tej “świątyni”, która powstaje w błyskawicznym tempie na użytek kogoś, kto być może powinien już zrozumieć, że stawką w tej Wielkiej Przygodzie jest wybór, nie namysł i nasłuchiwanie. Wybór - żadna inna łaska, która spada z nieba.: "Na naszej pustyni nie sypie się manna" - powiada Abraham Joshua Heschel. Nasza kultura dostarcza nam niezliczoną ilość wymówek. Na przykład - negocjacje. Zamęt sumienia interpretowany jako refleksja lub wewnętrzny dialog. Ignorowanie przeczuć. Odsuwanie od siebie intuicji. Być może negocjuję sam z sobą warunki tej “odmiany”. Mam oczy i nie widzę. Mam uszy i nie słyszę. Wymówka zamiast wyboru. Wygodna intelektualnie pozycja - zgłębiać, drążyć, eksplorować. Książki układać w stosy żeby to przykryć wiedzą. Żeby to zagłuszyć, bo przecież nic wielkiego się nie wydarza, żadnych objawień i iluminacji. Najzwyczajniej w świecie - budzę się i idę na spacer.
Trwa ładowanie...