Lawina
Podczas zeszłorocznych manewrów Hedgehog w Estonii niewielki zespół operatorów dronów – Ukraińców i estońskich terytorialsów – „wyeliminował” zmechanizowaną formację NATO. W czasie symulacji (!) kilkanaście pojazdów zostało „zniszczonych”, kilkadziesiąt „uszkodzonych”, „rozbito” dwa bataliony. Kilka dni temu o przebiegu epizodu dowiedziały się media i ruszyła lawina. „Drony są wszystkim”, „ciężkie wojska to przeszłość”, „NATO jest niegotowe” i „Ukraina pokazuje Zachodowi przyszłość” – to tylko niektóre wnioski, jakie wyciągają mniej lub bardziej domorośli analitycy. Te opinie, jakkolwiek brzmią efektownie, są koszmarnym uproszczeniem.
Dlaczego? Manewry w Estonii – ten konkretny epizod – nie były symulacją pełnoskalowej wojny NATO–rosja. Nie odtwarzano całego wachlarza zdolności Sojuszu. Nie było pełnej dominacji powietrznej, kompleksowego, wielowarstwowego parasola obrony przeciwlotniczej, narzędzi walki radioelektronicznej. Nie było zintegrowanej operacji połączonej w klasycznym, doktrynalnym sensie.
Co zatem było? Ano test, który miał sprawdzić, jak dwa „gołe” pododdziały zachowają się w środowisko silnie nasyconym bezzałogowcami. I w tym teście wyszły braki. Jakie?
Po pierwsze: brak skutecznego maskowania i dyscypliny pola walki. Z dostępnych relacji wynika, że nacierające pododdziały poruszały się w sposób stosunkowo przewidywalny i „czytelny” z powietrza. Kolumny pojazdów, ograniczone wykorzystanie maskowania, niewystarczające rozproszenie – w środowisku nasyconym sensorami to zaproszenie do szybkiego wykrycia.
Drugi problem to zbyt wolny łańcuch decyzyjny. Operatorzy dronów działali w modelu skróconej pętli: wykrycie – identyfikacja – przekaz danych – symulowane rażenie. Po stronie formacji konwencjonalnej reakcja była wolniejsza. To klasyczny problem adaptacji do środowiska, w którym czas liczony jest w minutach, nie godzinach.
Po trzecie: wyszła niedostateczna integracja środków przeciwdronowych na poziomie taktycznym. Ćwiczenie pokazało, że nawet jeżeli armia posiada systemy walki radioelektronicznej czy obrony przeciwlotniczej, to na poziomie pododdziału często brakuje organicznych, natychmiast dostępnych narzędzi do zwalczania małych bezzałogowców. Innymi słowy: sprzęt istnieje, ale nie zawsze jest „przy żołnierzu”.
Czwarty ujawniony element to problem z rozproszeniem i mobilnością. Duże, zwarte zgrupowania – nawet jeżeli operują zgodne z klasyczną taktyką – w środowisku permanentnej obserwacji stają się łatwym celem. Ćwiczenie pokazało, że adaptacja do modelu „ciągłej widoczności” wymaga innego myślenia o koncentracji sił.
Piąty wreszcie to brak symetryczności środowiska informacyjnego. W opisywanym epizodzie strona „dronowa” miała wyraźną przewagę w świadomości sytuacyjnej. W realnym konflikcie NATO operowałoby równolegle własnymi dronami, lotnictwem, satelitami, AWACS-ami, systemami SIGINT. Tutaj test polegał właśnie na tym, by sprawdzić, jak zachowa się pododdział pozbawiony takiego wsparcia.
I to jest klucz. Ćwiczenie nie pokazało, że NATO nie ma zdolności. Pokazało, że na poziomie taktycznym – w oderwaniu od całego systemu (!) – klasyczne nawyki mogą być śmiertelnie ryzykowne.
Ale NATO nie będzie walczyć w oderwaniu od systemu, a nawyki można (trzeba!) zmienić.
Sojusz nie prowadzi wojny batalionami rzucanymi „na goło” przeciw środowisku sensorów. NATO walczy w modelu operacji połączonych. To oznacza, że natarcie wojsk lądowych jest zsynchronizowane z lotnictwem, rozpoznaniem satelitarnym, samolotami wczesnego ostrzegania, artylerią dalekiego zasięgu, obroną przeciwlotniczą i walką radioelektroniczną. To oznacza, że przeciwnik nie działa w próżni – jego drony są zakłócane, jego łączność jest atakowana, jego stanowiska dowodzenia są namierzane i niszczone.
W realnym konflikcie pierwszą fazą operacji nie byłoby „kto kogo szybciej zobaczy dronem”, lecz walka o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej. Niszczenie radarów, systemów OPL, węzłów łączności. Paraliżowanie zdolności przeciwnika do obserwacji i koordynacji. Dopiero potem do akcji weszłyby duże zgrupowania lądowe. A to jest poziom, na którym NATO – w przeciwieństwie do Ukrainy – posiada realną, systemową przewagę nad każdym potencjalnym przeciwnikiem.
Epizod z Hedgehog pokazał, że bez systemu nawet dobrze wyszkolony pododdział może zostać szybko „rozpisany” przez drony. Ale – podkreślmy to jeszcze raz – NATO nie projektuje swoich operacji w taki sposób. Jego przewaga nie polega na tym, że ma więcej czołgów czy dronów. Polega na integracji – na zdolności zszycia wszystkich domen w jeden mechanizm.
I dopiero ten mechanizm jest właściwym przedmiotem analizy. Nie pojedynczy, taktyczny epizod wyrwany z kontekstu.
Czyżby więc ćwiczenia były bez sensu? Oczywiście że nie. Takie epizody (to nie było pierwsze i zapewne nie ostatnie takie ćwiczenie), są bezcenne, ponieważ pokazują, jak bardzo skrócił się cykl wykrycie–decyzja–rażenie i jak niebezpieczne staje się poruszanie w środowisku permanentnej obserwacji bez natychmiastowej osłony systemowej. Ujawniają luki w procedurach, w integracji środków przeciwdronowych, w dyscyplinie maskowania i tempie reakcji – ale właśnie po są ćwiczenia, by takie „kwiatki” wychodziły w ich trakcie, a nie podczas realnych działań bojowych.
-----
Zostawmy na razie Estonię i przejdźmy na nieco inny poziom analizy. Najpierw jednak odrobina historii. Karabin maszynowy miał zakończyć manewr – nie zakończył. Lotnictwo miało uczynić armie lądowe zbędnymi – nie uczyniło. Broń precyzyjna miała sprawić, że masa przestanie się liczyć – nie przestała. Każda nowa technologia rodzi przekonanie o „końcu epoki”. Każda w praktyce zostaje wchłonięta przez system.
Drony zmieniły pole walki w wymiarze taktycznym – to bezdyskusyjne. Uczyniły je bardziej przejrzystym, skróciły czas reakcji, utrudniły koncentrację wojsk. Ale na poziomie operacyjnym i strategicznym nie wyeliminowały potrzeby posiadania czołgów, dział, samolotów, rakiet. W Ukrainie bezzałogowce nie zastąpiły artylerii. One ją naprowadzają. Nie zastąpiły piechoty. One ją wspierają – nie zajmują terenu, nie utrzymują pozycji, nie przełamują linii obrony samą swoją obecnością. Są elementem systemu, nie systemem.
Tu dochodzimy do najbardziej niebezpiecznej tezy, która pojawiła się przy okazji Hedgehog: że ukraińskie doświadczenie dronowe pokazuje wyższość modelu „taniego, bezzałogowego” nad zachodnią, ciężką strukturą.
Naprawdę? Ukraina dotrwała do obecnego momentu wojny nie dzięki dronom, lecz dzięki pomocy Zachodu. Dzięki dostawom broni przeciwlotniczej, artylerii, amunicji, systemów rakietowych, danych wywiadowczych, łączności (no i wsparcia finansowego, które jest niezwykle istotne, ale wymieniam je w nawiasie, bo znajduje się poza porządkiem ściśle wojskowym).
By tę tezę uzasadnić, zróbmy prosty eksperyment myślowy.
Wyobraźmy sobie, że po 24 lutego 2022 roku NATO nie wysyła Ukrainie systemów obrony przeciwlotniczej, nie dostarcza HIMARS-ów, nie przekazuje danych wywiadowczych, nie wspiera budżetu państwa. Zamiast tego mówi: „Dajemy wam pieniądze. Setki miliardów dolarów. Kupcie za to drony. Tylko drony”.
Na papierze wygląda to imponująco – miliony bezzałogowców. Całe roje nad linią frontu, dające możliwość permanentnej obserwacji oraz szybkich, punktowych uderzeń.
Tyle że w takim scenariuszu rosyjskie lotnictwo operowałoby z dużo większą swobodą. Ukraińskie miasta byłyby bombardowane, infrastruktura energetyczna nie miałaby osłony. Rosyjska artyleria zachowałaby względną swobodę działania, bo nie byłoby precyzyjnych systemów zdolnych razić przyfrontowe magazyny amunicji, centra logistyczne czy stanowiska dowodzenia. No i samych armat, bijących spoza zasięgu dronów FPV.
I można by tak długo wymieniać, dość stwierdzić, że drony nie zastąpią obrony przeciwlotniczej średniego i dalekiego zasięgu. Nie zatrzymają zmasowanych uderzeń rakietowych. Nie przejmą kontroli nad przestrzenią powietrzną. Można sobie wyobrazić miliony dronów, które na pewien czas zmusiłyby rosyjskie oddziały do większego rozproszenia i ostrożności. Ale wojna to nie tylko pojedynek na froncie. To również przemysł, energetyka, logistyka, no i morale społeczeństwa, które w realiach ciągłego zagrożenia i koszmarnych strat zapewne szybko by wyparowało. Fakt, iż do tego nie doszło, jest także zasługą ciężkiego sprzętu – czołgów, armat, samolotów, wyrzutni rakietowych – tych, które Ukraina miała, i tych, które otrzymała z Zachodu. Bez tego, z samymi dronami, już dawno by upadła.
A same drony – bez Starlinków i narzędzi walki osłaniających funkcjonowanie sieci – i tak na niewiele by się zdały – dodajmy na końcu.
-----
Ukraina ma ogromne doświadczenie taktyczne w użyciu dronów – to, jak mawia klasyk, oczywista oczywistość. Ale NATO dysponuje zdolnościami, których Ukraina nie ma i mieć nie będzie: globalnym rozpoznaniem satelitarnym; rozbudowanymi systemami ISR; strategicznym lotnictwem; logistyką operacyjną na niespotykaną skalę; zintegrowaną obroną powietrzną wielu warstw; potężnym zapleczem przemysłowym. W potencjalnym konflikcie przeciwko NATO rosja zapewne próbowałaby używać dronów masowo. Ale to nie sama liczba bezzałogowców decydowałaby o wyniku. Decydowałaby integracja systemów, zdolność do walki o dominację w powietrzu i w domenie elektromagnetycznej, możliwość niszczenia zaplecza przeciwnika setki kilometrów od frontu, odporność infrastruktury i gospodarki.
NATO powinno się od Ukrainy „uczyć dronów”. Choćby dlatego, że mimo swoich przewag dających możliwość walki na dystans, nie zawsze zwarcia da się uniknąć. I część pododdziałów wejdzie w bliski kontakt z wrogiem, w zasięg jego dronów, i może się zdarzyć, że przeciwnik zachowa możliwość ich użycia; wojsko musi być gotowe na najgorsze scenariusze. Ale pobieranie takich nauk wynika z zupełnie innego rodzaju przymusu, niż wyobrażają to sobie zwolennicy „dronozy”, przeceniający znaczenie bezzałogowców.
Konkludując: Ukraina opanowała do perfekcji jeden z elementów współczesnego pola walki. NATO buduje i utrzymuje cały ekosystem wojenny. Dron sam w sobie nie daje przewagi strategicznej. Przewagę daje system, w którym dron jest tylko jednym z narzędzi. Inne jego postrzeganie to tzw. widzenie tunelowe. To bardzo groźne zjawisko, bo jeśli uznamy, że przyszłość to wyłącznie drony, zaczniemy ograniczać inwestycje w lotnictwo, zaniedbywać obronę powietrzną, redukować ciężkie wojska, ignorować logistykę i przemysł, mylić taktykę ze strategią. A to droga do porażki. Bo jeśli pozwolimy rosjanom prowadzić wojnę wedle reguł, które oni znają lepiej, przegramy…
-----
Nz. ukraińska artyleria rakietowa na froncie/fot. SzG ZSU
Korzystając z okazji chciałbym podziękować swoim najszczodrzejszym Patronom: Tomaszowi Krajewskiemu, Piotrowi Rucińskiemu, Magdalenie Kaczmarek, Arkadiuszowi Halickiemu, Monice Rani, Maciejowi Szulcowi, Joannie Marciniak, Jakubowi Wojtakajtisowi, Andrzejowi Kardasiowi oraz Czytelnikowi o nicku Zajcef Fizzlewic. A także: Krzysztofowi Krysikowi, Mateuszowi Piecuchowi, Jakubowi Kojderowi, Adamowi Cybowiczowi, Bożenie Bolechale, Piotrowi Pszczółkowskiemu, Jarosławowi Terefenko, Marcinowi Gonetowi, Przemysławowi Kowalskiemu, Joannie Siarze, Aleksandrowi Stępieniowi, Marcinowi Barszczewskiemu, Dinarze Budziak, Szymonowi Jończykowi, Annie Sierańskiej, Tomaszowi Sosnowskiemu, Piotrowi Świrskiemu, Juliuszowi i Elżbiecie Wolny, Arturowi Żakowi, Łukaszowi Hajdrychowi, Patrycji Złotockiej i Piotrowi Habeli.
Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.
Trwa ładowanie...