Nie mogę się tutaj oprzeć pokusie, by „sięgnąć’ po dygresję – pojęcie „homoousios” (gr. ὁμοούσιος) to jeden z najważniejszych i najbardziej kontrowersyjnych terminów w historii chrześcijaństwa. Choć brzmi skomplikowanie, stał się on fundamentem tego, jak większość chrześcijan rozumie Boga do dzisiaj. Podczas I Soboru Nicejskiego w 325 roku wybuchł potężny spór pomiędzy zwolennikami Ariusza (twórcy arianizmu) a zwolennikami św. Atanazego. Spór dotyczył tego, czy Jezus jest „homoousios” (współistotny) Bogu-Ojcu, czy też tylko „homoiousios” (podobny w istocie) swemu Ojcu. Atanazy przekonał Kościół, że termin homoousios jest jedynym „zabezpieczeniem” sensu Chrystianizmu. Bez niego – według Atanazego – chrześcijaństwo stałoby się po prostu moralizującą filozofią, a nie religią dającą życie wieczne. Spór ten też doprowadził do powstania wyznania, znanego powszechnie pod nazwą „Credo Nicejskie” (a ściślej: Symbolu Nicejsko-Konstantynopolitańskiego), które miało „zabezpieczyć na wieki wieków” podstawę istnienia Chrystianizmu. Uwagę jednak zwraca jeden aspekt, o którym ówcześni biskupi zapomnieli, a może go celowo pominęli. Chociaż „zabezpieczyli” fakt, że Chrystus „zaistniał” z tej samej „boskiej materii” co jego Ojciec, to jednak sporu nie zamknęli. Praktycznie każde słowo (takie jak np. „Syn”) czy fraza (jak „z Ojca zrodzony”) prowadzą prosto do jednej konkluzji – Chrystus „zaistniał po” Bogu-Ojcu. I nieważne jest, w jakim czasie „po”. Sama analiza „Credo” jest bardzo ekscytująca i może prowadzić do jeszcze „ciekawszych” wniosków. Jednak to osobny temat, do którego może jeszcze kiedyś powrócę.
α-Theos – podróż w jedną stronę... cz. VI
Darmowy!
·
0
·
12.03.2026
Post dostępny tylko dla Patronów
Aby zobaczyć ten materiał musisz być zalogowany
Zostań Patronem Zaloguj się