"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

19.01.2026 (poniedziałek)


 

Pokusa chodzenia - kiedy chcemy chwilowo uwolnić lub trwale uporządkować nasze myśli. W tym sensie "chodzenie" może wydawać się czymś na kształt realizowanej potrzeby bycia samemu, co jednocześnie niewiele ma wspólnego z samotnością, która jest raczej dolegliwym stanem emocjonalnym niż rodzajem naszego położenia w przestrzeni.

"Chodzenie to mania, stan aktywnej melancholii" - pisze Frèderic Gros, ja natomiast tę manię przyjmuję. Cieszę się nią - maszerując. Tyle, że marsz w przestrzeni miejskiej zbliża mnie bardziej do figury flanera, o którym Baudelaire pisał tak:

"Doświadczenie flanera jest doświadczeniem piechura, dalekim jednak od losu wędrowca osób przedstawionego przez Nietzschego czy Thoreau.(...) Chodzenie w mieście stanowi niemalże torturę, narzuca bowiem nieregularny, nieharmonijny rytm. Nie zmienia to faktu, że flaner chodzi, w odróżnieniu od zwykłego ulicznego gapia, który przystaje na widok byle atrakcji albo tkwi nieruchomo przed witryną sklepu. Flaner chodzi, niemal płynie pośród tłumu."

Naturalnie różnie bywa z tym tłumem, a już z całą pewnością nie ma w moim przypadku mowy o torturach, przeciwnie - więcej w moim "chodzeniu" uczucia ulgi, odprężenia, ale też koncentracji, która pozwala na przykład pisać - w sensie ścisłym - ponieważ większość tekstów, których jestem autorem powstaje, kiedy znajduję się w ruchu. 

Przywołuję flanera nie dlatego, że w szczególny sposób ta dziewiętnastowieczna "subkultura" coś dla mnie znaczy lub czuję, że przynależę do widmowej grupy miejskich wędrowców. Robię to wyłącznie dlatego, ponieważ nie bez znaczenia w moim "chodzeniu" pozostaje jednak przestrzeń miejska. Gros w swojej książce "poszerza pole walki" również do wędrówek górskich czy innych mocno przełajowych przedsięwzięć wędrownych.

Cytowany przez Grosa, Nietzche zanim syfilis odebrał mu rozum, pisał:

"(...) jak najmniej siedzieć (...) nie wierzyć żadnej myśli, która się nie urodziła na wolnym powietrzu i przy swobodnym ruchu".

Jean-Jacques Rousseau twierdził natomiast, że na widok biurka i krzesła czuje mdłości, opuszcza go cała odwaga, a wszelka inspiracja nawiedza go dopiero wtedy - kiedy chodzi.

Co więcej - chodzenie jest najprostszą z form pozostawania w ruchu. Nie wymaga szczególnego wysiłku jednak przy zachowaniu odpowiedniego tempa marszu wyczuwalna jest zmiana tętna, oddech przyspiesza, a rytm kroków potrafi być mantryczny. Odwrotnością tego stanu wydawać się może spoczynek ciała na kanapie z odpalonym Netflixem i zestawem przekąsek typu: "deska serów z Lidla".

"Kiedy wędruję, jest nas dwóch. Moje ciało i ja: nierozłączni jak oklepany refren."

- pisze Gros, co nie oznacza oczywiście, że w tym chodzeniu niepożądane staje się czyjeś towarzystwo. Wspólne marsze z synem są w pewnym sensie naszym rytuałem, który jest nieodłączną częścią naszej relacji. Możemy iść w milczeniu lub rozmawiać. Istotny jest ruch, w który wprawiliśmy nasze ciała. Pisze o tym nieco wzniośle przywoływany już Gros, notując:

"Chodzić to ustawić się z boku: z dala od tych, którzy pracują, z dala od dróg szybkiego ruchu, z dala od wytwórców zysku i nędzy, wykorzystujących i wykorzystywanych, z dala od poważnych ludzi, który zawsze mają coś lepszego do zrobienia i rozkoszowanie się delikatnym blaskiem zimowego słońca albo świeżością wiosennej bryzy."

Na próżno w tej szerokości geograficznej, w styczniu, szukać słońca i bryzy. Znaleźć można natomiast bez trudu, przenikliwy chłód i przejmujące zimno. Z całą pewnością moje samodzielne lub dzielone z kimś "wędrowanie" nie jest również formą antysystemowej demonstracji lub socjalnego sprzeciwu jest jednak w cytowanym fragmencie pewna doniosłość formy, której nie mogłem się oprzeć, stąd jego obecność w tym miejscu.

To, co w regularnych miejskich wędrówkach wydaje się istotne lub po prostu przesądza o ich charakterze - to brak celu. A przecież funkcjonujemy w rzeczywistości, w której większość czynności podejmujemy "po coś" lub zmierzamy "dokądś" - najczęściej spóźnieni lub w pośpiechu. W moich marszach - jeśli idę szybko - dzieje się tak wyłącznie z powodu podjętej w tej kwestii decyzji. Istotą "chodzenia", o którym staram się napisać jest to, że "nie muszę chodzić". Idę, ponieważ chcę iść.

Zdarzyć się może, że wspomniana na wstępie "pokusa chodzenia" stanie się koniec końców "nawykiem". Nic w tym złego, jeśli oczywiście ten nawyk nie zamieni się w kompulsję. W tym wypadku rzecz ma się nieco gorzej. Dulski wspinał się każdego dnia na Kopiec Kościuszki nie wyściubiając nosa z domu. Pytanie brzmi w czyjej jest niewoli? W niewoli nawyku czy niewoli żony? W przypadku dramatu Zapolskiej odpowiedź wydaje się jasna. Zmierzam natomiast do tego, że to działa póki jest w tym jednak dobrowolność. Wędrowanie, o którym mowa powinno być wolnym wyborem, nigdy koniecznością.

"Spacerować to przede wszystkim lekceważyć wszelki przymus: sam wybieram trasę, tempo i temat do przemyśleń” - pisze Gros

"Kiedy idziemy, nic tak naprawdę się nie przesuwa; raczej powoli osadza się w nas obecność. Nie tyle zbliżamy się do rzeczy, ile to one coraz silniej w nas wnikają."

- to również fragment z Grosa, który w zasadzie definiuje charakter przemieszczania się w przestrzeni, o którym tutaj mowa. Jest w tym fragmencie to o czym ono jest, czemu ono służy i z czym zostajemy. Podsumowując, jak chce Gros: "Chodzenie uczy nas umierać na stojąco" Więc idę. Więc umieram.

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...