"Stado. Dziennik"
21.01.2026 (środa)
Kolejny raz zasypiam nad książką. Budzę się w środku nocy żeby wygasić światła. Ból karku będzie przypominał mi o niewygodnej pozycji,w której zalegałem przez ponad dwie godziny. Starzeję się, a moje ciało mi o tym przypomina. Staram się być dla siebie w tym względzie wyrozumiały. Nie gniewać się na siebie za owe zaniedbania, które wkradają się w moje lektury i pracę związaną z tym dziennikiem, ale również z redakcją tomu wierszy, który od miesięcy leży odłogiem, nie tknięty. Poza tym codzienność upomina się przecież o swoje. Na przykład - rodzicielstwo. Współcześnie to jest przecież nic innego jak nieustannie narastające poczucie winy wobec wychowawczych obowiązków zewsząd niemal transferowanych na człowieka, który ostatecznie nie jest w życiu wyłącznie ojcem lub matką. Gąszcz podcastów w swojej uciążliwej nadprodukcji skutecznie przypomina o tym jak bardzo jesteśmy niewystarczający. Czy rzeczywiście jesteśmy, będąc z generacji, która dla swoich ojców i matek często bywała przeźroczysta?
Jonathan Haidt dotyka tych kwestii w “Niespokojnym pokoleniu” pisząc m.in. o zjawisku sejfityzmu oraz zmasowanej ekspansji “w dół” pojęć psychologicznych - tak by dotyczyły nawet najdrobniejszych i trywialnych przypadków. “W dół” i “na zewnątrz” jednocześnie - by objąć nimi nowe i niepowiązane zjawiska. To o czym pisze Haidt można zaobserwować na podstawie rozszerzenia znaczenia takich pojęć jak: trauma, uzależnienie, nadużycie, bezpieczeństwo. Wszyscy są przecież dzisiaj “straumatyzowani”. Traumy w opinii współczesnych doświadczyć można podczas nieudanych zakupów lub kiedy obsługa hotelowa nie staje na wysokości zadania. Język potoczny chętnie posługuje się wielkimi i pojemnymi terminami, które w ten sposób przestają cokolwiek znaczyć. Jesteśmy coraz bardziej “delikatni”, coraz bardziej krucha wydaje się nasza konstrukcja.
Tymczasem Haidt pisze o pokoleniu urodzonym pomiędzy rokiem 1995, a 2009, które powszechnie określamy jako pokolenie “Z”. To właśnie tego “miotu” dotyczy to, co Haidt nazywa “wielkim przeprogramowaniem dzieciństwa” - końcem dzieciństwa opartego na zabawie i początkiem epoki, w której dzieciństwo oparte jest na “ekranach”.
A zatem rozwój technologii. Ale też masowa nadopiekuńczość rodziców związana z zagrożeniami, które rzekomo płynąć mają ze świata. Z całą pewnością płyną. Tyle że ciężar uwagi rozkłada się w sposób, który może budzić wątpliwości. Owa nadopiekuńczość pojawia się bowiem w świecie realnym, w którym place zabaw okłada się miękkimi poduszkami, natomiast w rzeczywistości wirtualnej opieka jest zaniedbywana lub wprost - niemożliwa. Skutek? Falowy i powszechny wzrost pogorszenia stanu psychicznego wspomnianych tutaj “zetek”. Dając dzieciom i nastolatkom smartfony - pisze Haidt - postąpiliśmy tak, jakbyśmy posłali całe pokolenie na Marsa, wchodząc tym samym w przestrzeń i energię kompletnie niekontrolowanego eksperymentu. Obserwowane już problemy internalizacyjne i eksternalizacyjne, to tylko część objawów nowotworu drążącego całe pokolenie. Niepokój, lęk, smutek, brak nadziei, nadmierna skłonność do przemocy i podejmowania nadmiernego ryzyka, problem z opanowaniem gniewu, przeprogramowanie na poziomie autorytetów, wzorców społecznych, przeżywania i nazywania emocji, aktywności fizycznej, ale też snu - tutaj jesteśmy z naszym zainfekowanym potomstwem.
Czyja jest ta udręka? Bo jeśli nie jest wspólna, to kto traci na tym najwięcej? Wielopokoleniowe rodziny spożywające posiłek przy jednym stole, rodziny cieszące się w tym czasie rozmową lub niezobowiązującą pogawędką to już przeszłość. Dziś większość jada gapiąc się w jakiś ekran. Nawet jeśli jada się wspólnie, to w sensie ścisłym jada się przecież osobno. W ogóle coraz więcej robi się osobno. Tyle że tej osobności nie zauważa się od razu. Jest się przecież “w nieustannym kontakcie z ludźmi”. Siedzi się “na grupach”. Nasze dzieci nie są do końca obecne i my nie jesteśmy obecni do końca w miejscu, w którym pozornie się spotykamy.
Czy wiemy jeszcze co oznacza “spotkanie”? Czy w głębi serca nie szukamy tej osobności jak wytchnienia. Jesteśmy przecież zmęczeni. Późny kapitalizm nie traktuje nas przecież tak jak my zaczęliśmy traktować nasze dzieci - z czułością. Późny kapitalizm lubi kiedy odwiedzamy psychoterapeutów. Te wizyty skutecznie przenoszą ciężar odpowiedzialności czyniąc lżej zastanej rzeczywistości, my natomiast jesteśmy leczeni objawowo. Nie dajesz rady człowieku? Pamiętaj zatem, że istnieje wellness. Istnieją wachlarze ofert, które pomogą ci poradzić sobie z deficytami, z brakiem produktywności, słabością i lękiem. Pomogą ci się z tym zmierzyć, gdyby przypadkiem przyszło ci do głowy, że to nie ty oszalałeś, tylko świat zwariował. Więc wyspowiadaj się z tej myśli przed swoim terapeutą i odświeżony wracaj szybciutko do pracy. Produkuj. Potrzebujemy tego wzrostu jak powietrza.
A dzieci? Dzieci są najważniejsze. Ten komunał nie znajduje jednak potwierdzenia niepohamowanym pędzie ku rozmnażaniu. Kryzys demograficzny i starzejące się społeczeństwa wobec narracji nakładających na rodziców coraz to nowe obowiązki wydaje się z gruntu absurdalny. A może wręcz przeciwnie. Może po prostu zaczęliśmy rozumieć, że dzieci to jest jednak konieczność dokonania wyboru w obrębie alternatywy ilość - jakość. Najwyraźniej zaczynamy coraz częściej stawiać na to drugie. Oby tak było, bo w przeciwnym razie jest gorzej niż mogłoby się wydawać. Jesteśmy przecież wyjątkowo “wygodni”. Od kiedy uwierzyliśmy w to, że nasze życie ma być życiem szczęśliwym - zgodnie z normą ustaloną przez naszą kulturę i popkulturę - chcemy więcej. Dzieci to często zbędne obciążenie. Ograniczenie, które nas przeżyje. Bardziej wygodni wycofają się z tego pomysłu. Tym lepiej dla dzieci (w tym wypadku wyłącznie nienarodzonych). Nic gorszego niż ojciec lub matka żyjący w przeświadczeniu, że coś ich przez dzieci ominęło. A przecież zawsze coś nas w związku z nimi “ominie”. Równie wiele jednak nas spotka. Rzecz w tym, że jeśli kultura i system, w którym żyjesz wmawiają ci, że wszystko jest możliwe, zaczynasz w to wierzyć i sięgać po “wszystko”. A zatem - nieograniczone możliwości. Nic bardziej frustrującego.
Na szczęście to nieprawda. Możliwe jest często niewiele. Jeśli człowiek poświęca uwagę temu czego pragnie, nie myląc tego z tym, czego naprawdę potrzebuje, owo niewiele najczęściej, w zupełności wystarczy. Co więcej, nawet dzieci przynoszą wtedy dużo więcej radości niż mogłoby się wydawać. Moje doświadczenie bycia ojcem było dla mnie doświadczeniem formacyjnym. To część mojej tożsamości bez której nie byłbym tym kim jestem.
Staram się poświęcaj moim dzieciom tyle czasu ile mogę go im poświęcić. Jest w tym stwierdzeniu rodzaj przewrotności. Staram się bowiem pamiętać o tym, że mój czas, który określam jako “wolny” - wcale taki nie jest. To jest przecież czas przeznaczony często na pracę, którą wykonuję po prostu poza tą zawodową, która pozwala mi utrzymać siebie i stado, do którego przynależę. Paradoksalnie czas, który przeznaczam “na siebie” jest decydujący dla stada - mój dobrostan przenoszony jest na stado wprost. Podobnie jak wprost na stado przenoszone są moje deficyty: wyczerpanie, frustracje, gniew, smutek, czy wreszcie choroba. Gdzie w tym wszystkim jest przestrzeń na świadome, dojrzałe rodzicielstwo, które w przekazie medialnym (podcasty, podcasty) sugeruje przecież jednoczesną dbałość o własne potrzeby. A może traci ją z oczu mimo tego, że o niej wspomina? Innymi słowy, czy opieka nad dziećmi odbywa się w “czasie wolnym” dla ojca lub matki, czy nie jest to “czas wolny” w sensie ścisłym? Dla ojców i matek to pytanie ma charakter retoryczny, więc tak to zostawiam.
Z drugiej strony, czy w reakcji na katastrofę, której jesteśmy świadkami, przejęci obowiązkiem nasłuchiwania potrzeb naszych dzieci, nie wychowujemy istot niezdolnych do samodzielnego mierzenia się z życiem, które nadchodzi wraz z nadejściem realnego? Innymi słowy, czy potrafimy je odpowiednio przygotować na to, co czeka je w rzeczywistej rzeczywistości? Można też zadać pytanie, czy w chwili obecnej, częścią tej rzeczywistej rzeczywistości nie jest również ta, którą dotąd określaliśmy jako wirtualną, która teraz coraz wyraźniej sięga dalej niż obudowy smarftonów, tabletów, czy laptopów. Nasze dzieci noszą w kieszeniach dostęp do Dobra i Zła lub jeśli ktoś woli - podarowaliśmy im Dżina zaklętego w “elektronicznej butelce”, a Dżin jak to z Dżinami bywa - wcześniej czy później wymknie się przecież spod kontroli. Już się wymknął.
Trwa ładowanie...