"Stado. Dziennik"
22.01.2026 (czwartek)
…. a skoro mowa była o szczęściu i o tych, którzy temu dziennikowi towarzyszą w roli patronów wracam do Alberta Camus, który pisze w krótkim tekście "Dwie strony tego samego": "Nie chcę być szczęśliwy chcę być świadomy." I dalej:"Ludzie nie lubią gdy ktoś patrzy jasno i patrzy z ironią." Czytam Camusa bo jest w jego frazie rytm, który mnie uspokaja. Podobnie jak wycieczki na cmentarz, które urządzam sobie od czasu do czasu. Włóczy się człowiek po cmentarzu i widzi wyraźnie czym jest i czym będzie. Trudno o podobne wrażenia z pobytu w galerii handlowej. Tam wyraźnie widzi się natomiast przed czym człowiek ucieka i przed czym uciec nie zdoła.
"To jednak ciekawe, że żyjemy wśród ludzi, którzy tak bardzo się spieszą" - puentuje Camus zaraz po tym jak przywołuje historię kobiety, która ubiera matkę do trumny, kiedy ta jeszcze żyje. Wszystko po to, żeby uniknąć tego, co określamy mianem rigor mortis. Ja natomiast przyglądałem się dzisiaj miastu podczas spaceru, zaglądałem ludziom do okien, a że zmrok w styczniu przychodzi wciąż wcześnie, to wyświetla się dość wdzięcznie w oknach cudze życie - jakby się oglądało przekrój poprzeczny mrowiska. Wszystko z marszu, chociaż warto od czasu do czasu przystanąć bo jak zauważa z dawna martwy Albert: "Aktywność to także strata czasu, ponieważ człowiek się w aktywności zatraca."
Być może ten nieco przebrzmiały egzystencjalizm francuskiego noblisty tak do mnie przemawia, bo wieść rodzinna głosi, że pierwszą opowiedzianą przeze mnie bajką w pełni będącą historią mojego wyłącznie autorstwa, była krótka przypowieść o dziewczynce, która udała się z rodzicami na plażę, a następnie wielka fala nakryła ją całą. W następstwie tego, na mokrym pisaku zostały tylko buciki. W oryginale użyłem podobno słowa "trepy", co wskazywałoby na pewną skłonność do brutalności opisu i przesadnego realizmu, którym wykazywałem się jako czteroletni autor ustnych przekazów.
Dobrze mi z Camusem i jego cokolwiek ponurym obrazem świata, bo jak widać od wczesnego dzieciństwa przeczuwałem, że świat ma - mówiąc delikatnie - ograniczony potencjał przychylności dla nas i naszych zamiarów skoro dość błahy spacer nad wzburzone morze zakończył się w opowieści tak tragicznie. Co ciekawe, moje intuicje czterolatka dzisiaj racjonalizowanie są przez tak zwane myślenie strategiczne, które szuka uzasadnienia dla tego, co przynoszą przeczucia lub emocje lub w akcie samoobronny odwraca wynikające z nich komunikaty. Przynajmniej tak piszą o tym Kahneman i Haidt. Że niby jak chce Hume: rozum jest sługą intuicji, nie odwrotnie. Więc nieustannie podejmuję próby negocjacji, które dość często okazują się bezskuteczne.
Tak czy owak - skoro intuicje zjawiają się przed rozumem, to należałoby przyjąć, że w bajce o dziewczynce opowiedzianej przez małego analfabetę jest wiele więcej z natury świata niż w zawracaniu głowy cytatami z Camusa i szukania ratunku w cudzej mądrości, Nie zmienia to faktu, że w obu przypadkach mówimy z wnętrza jakiejś ciemności i lepiej żeby była to wyłącznie ciemność styczniowego wieczoru, ponieważ dzisiaj, staram się to myślenie odwracać. Szukam ulgi, szukając nadziei. Wątpię nie w Boga - lecz w ateizm. Samemu sobie mówię: Sprawdzam! Nie wychodząc jak dotąd na wnioski, wychodzę jednak na przeciw. Decyduję się na udział w tym, co Whitehead nazywa “Wielką Przygodą” bez gwarancji na podróż w komfortowych warunkach, bo przecież to, czego doświadczam stawia mnie poza strefą komfortu. Dysonans wpisany jest w tę drogę. Wpisana jest w nią również obietnica. Żywe, które tętni pod warstwą zrogowaciałych powierzchni. Czy to zadanie jest zadaniem intelektu, którego funkcją i naturalną kompetencją w moim rozumieniu jest nieustannie ponawiana wątpliwość? Intelekt, który nie podważa, nie kwestionuje i nie wątpi wcześniej czy później okaże się bezużyteczny. Mówię tutaj o tym, co nazywamy "myśleniem krytycznym", ale też zwracam uwagę na to, że intelekt nie jest szczególnie potrzebny do tego, żeby entuzjastycznie popierać, afirmować, wyznawać, hołubić, a nawet buntować się, czy wzniecać rewolucje. W tym wypadku może się, co najwyżej przydać. Zawsze lepiej, kiedy jest niż kiedy go brakuje.
Z drugiej strony wiele przecież napisano o tym, że w gruncie rzeczy i tak zatrzęsienie naszych decyzji, zachowań lub sądów powstaje w oparciu o nasze intuicje, rozpoznania czynione w oparciu o racjonalizację (ex post) niż będące wynikiem zaangażowania tego, co nazywamy lub możemy określić mianem "myślenia strategicznego" na bazie rozróżnienia pomiędzy myśleniem szybkim i wolnym (Kahnemann).
Co więcej - od samego początku jesteśmy "wieloracy" (Shweder). Naturalnie wydaje się szlachetnym i pożądanym dążenie do zachowania pewnej spójności w poglądach czy przekonaniach, ale jak mawiała moja zmarła babka: "Tylko krowa nie zmienia zdania", a zatem chełpiąc się niejednokrotnie tym, że oto jesteśmy istotami myślącymi musimy brać pod uwagę to, że nasze poglądy i opinie na osi czasu będą (a nawet powinny) podlegać jakiejś zmianie. Oznacza to, że aktywnie wykorzystując przywołany intelekt udajemy się w niezwykle ciekawą podróż, w której sami dla siebie możemy być przewodnikiem lub (co zalecam) możemy korzystać z dorobku cudzych intelektów. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby brać z tego pełnymi garściami. Z kolei, nic bardziej niebezpiecznego, kiedy częściej powtarzamy samym sobie "Wiem" niż "Nie wiem". Ostatecznie zawsze warto powtarzać sobie: "Sprawdzam”.
W konsekwencji zadawania pytań, w weryfikowaniu i podważaniu własnego poglądu w celu uniknięcia między innymi tak zwanego "błędu potwierdzenia" (tj. w pierwszej kolejności pogląd, a w dalszej szukanie dowodów) istnieje szansa, że naturalny odruch szukania odpowiedzi zaprowadzi nas do określonych wniosków, które osobniczno będą się od siebie różnić, mimo tego stanowiły będą punkt wyjścia dla być może szerszego projektu lub prognozy jakiejś spójności bądź systemu, w który zamieni się nasz sposób postrzegania rzeczywistości. Tych odpowiedzi każdy powinien szukać dla siebie, a paradoks polega na tym, że w miejsce odpowiedzi dość często przychodzi kolejne pytanie. Nie należy się tym specjalnie przejmować, bo to oznacza dokładnie tyle, że jesteśmy na dobrej drodze i że zmierzamy we właściwym kierunku.
Innymi słowy to, że jednego dnia wydaje nam się, że już coś wiemy, nie oznacza, że za tydzień okaże się, że niekoniecznie. Ale z tym, co gromadzimy w sobie jako wiedzę nie zawsze spaceruję się lekko. Doświadczenie wiedzy może stanowić udrękę, bo przecież wcześniej czy później staniemy przed klasycznym już dylematem - "szczęście albo świadomość". W byciu bezwzględnie szczęśliwym, a przecież do tego namawia nas współczesna kultura, intelekt może okazać się przeszkodą - i to jest drugi paradoks związany z jego użytecznością, który pojawia się w tym tekście. Nie staram się powiedzieć, że szczęście jest propozycją wyłącznie dla bezmyślnych, przeciwnie - może się bowiem okazać, że wcale nie jest ono konieczne do tego, żeby życie było coś warte, interesujące i pełne jeśli już koniecznie ma być jakieś. Można je również wielorako definiować, co z kolei pozwala uwolnić je od potoczności w jego rozumieniu, a to jest zawsze szansa na to, żebyśmy mogli sobie to szczęście po swojemu zbudować. Każdy na własny użytek, skoro to takie ważne.
Tymczasem wciąż bardziej niż odpowiedzi interesują mnie wątpliwości. Bardziej niż szczęście interesuje mnie doświadczenie. Innymi słowy - bardziej niż recepta interesują mnie objawy choroby. Na dodatek jak pisze Haidt: "Każdy kto ma w domu wygodne krzesło, może usiąść i stworzyć coś, co Rudygard Kipling nazwał takimi sobie bajeczkami - fantastycznymi opowiastkami o tym, skąd wielbłąd wziął garb, a słoń trąbę"
I to jest być może trzeci paradoks intelektu, o którym tutaj mowa.
A zatem, czy Wielka Przygoda, którą może okazać się owa pełna nadziei wątpliwość - zwątpienie w ateistyczny opis świata - jest drogą, którą podążyć ma intelekt, czy może intelekt należy zwolnić z obowiązków i zdać się na to, co podpowiada serce, które odczarowane z romantycznych wyobrażeń okaże się po prostu rodzajem intuicji, przeczuć lub instynktów. Komu należy zaufać, żeby Wielka Przygoda mogła nie tylko rozpocząć się - ale również trwać?
O wszystkim tym gawędzimy z Radkiem. Nasza audio-korespondencja ma się wyśmienicie i wiem, że trudno byłoby mi już bez niej funkcjonować ponieważ stała się częścią mojej rutyny. A przecież w niej mieszkam. W jej progach czuję się bezpiecznie. Dzięki rutynie panuję nad chaosem i nastrojem. Od pewnego czasu natomiast, milczy Andrzej, z którym żywo dyskutowaliśmy przez długie miesiące. Wciąż mam od Andrzeja wielkie ilości płyt do przesłuchania. Nauczyłem się jednak żyć w ciszy. Jej potrzebuję. Z nią mi lepiej.
Mróz wciąż trzyma. Śniegu ubyło, ale nadal ślisko. Dni wydają się nieco dłuższe chociaż wciąż budzi się człowiek w zupełnej ciemności, która równie szybko zapada i wieczory ciągną się w nieskończoność. Mimo tego wciąż nie udaje mi się nakłonić syna do wspólnego oglądania “Ojca chrzestnego”, a przecież ten trzygodzinny film wypełniłby styczniowy dzień po zmierzchu. Ciekawym natomiast wydaje się fakt, że podoba mu się Żeromski. Nie przypuszczałem, że “Przedwiośnie” może podobać się komuś z pokolenia “Zet”. Zdania co do “żeromszczyzny” są podzielone, a mój syn nie jest przecież czytelnikiem wytrawnym. Co więcej - nie jest czytelnikiem - po prostu. Jeśli zatem Żeromski ma przyczynić się do tego, żeby odkrył przyjemność bycia z książką, to niech to będzie i Żeromski. Niech to będzie nawet Putrament. Byle to się w końcu wydarzyło, bo z trudem godzę się z faktem, że żywioł, który poniewiera ojcem, nie robi najmniejszego wrażenia na synu. Dobre sobie - “szklane domy” w dobie demontażu wspólnoty i multipolaryzacji. A może właśnie teraz, Żeromski czytany jako specyficzny rodzaj fantasy, czyta się jako tekst wolny od “obciążeń systemowych” dzięki czemu to jest literatura niemalże przygodowa? Byle do wiosny.
Trwa ładowanie...