"Stado. Dziennik"
28.01.2026 (czwartek)
Od kilku dni powracający ból w jamie brzusznej. Być może konieczna okaże się medyczna konsultacja. Ciało mówi wyraźnie, że nie dbam o ciało. Wiele w ostatnich miesiącach wydarza się dobrego, ale też wiele niepokojów i trosk napędza nasze “dzienne smutki”. Ciało to wszystko chłonie i wszystko odkłada się w ciele - nawarstwia i puchnie. A później ciało boli. Ciało uwiera. Ciało ciśnie. Rozsadza ciało - to - co się w ciele wydarza. Kawa i papierosy. Na czczo. Posiłki - nieregularne, nieczęste, źle zbilansowane. Zabójcza strategia, która być może przestaje się sprawdzać, chociaż ciało realizowało ją posłusznie przez długie miesiące. Kortyzol. Kortyzol. Kortyzol.
Francis Bacon napisał, że człowiek zdrowy zapomina o istnieniu swojego ciała, podczas gdy chory zaczyna w nim mieszkać. Jest w tym wiele słuszności zważywszy na fakt jak bardzo wsłuchujemy się w ciało “po bólu” licząc na to, że ten już nie wróci. Ciało, które wychodzi z bólu doświadcza ulgi niemal orgastycznej. Z całą pewnością uczucie ustępującego bólu zasługuje na miano jednej z najgłębiej i najintensywniej doświadczanych przyjemności, które są nam dane tu na ziemi. Mieszkam w ciele, które boi się bólu, a przecież to ono nikt inny ból przewodzi. Trudno ciało oskarżać o sprawstwo, ale już zarzut “pomocnictwa”, wydaje się całkiem zasadny. Mieszkam w ciele wsłuchując się uważnie w to jakie ten dom wydaje z siebie jęki.
Zresztą choroba sama w sobie może być bezpiecznym schronieniem. Bezpiecznym w kontrze do tego, co na zewnątrz. Choroba to jest zawsze jakiś rozpad, więc z tym “bezpiecznym schronieniem” to oczywiście pewne pojęciowe nadużycie, jednak obroni się jako metafora. W tym sensie, nawet choroba potrafi stworzyć chorującemu określoną strefę komfortu. Chory jest chory. Chory ma do odegrania swoją rolę i ją odgrywa z większym lub mniejszym zaangażowaniem. Naturalnie do chorowania też trzeba mieć talent, a jeśli się ów talent posiada, chorowanie może okazać się rolą życia - gra się po prostu - “po warunkach”.
Babka Ligia na przykład “chorowała” nieustannie, konsekwentnie i wzniośle. To chorowanie trzymało moją babkę przy życiu. Rola chorej odpowiadała jej tak bardzo, że udało jej się przeżyć tych, którzy w swoim życiu grali “po witalności i po afirmacjach”. Ona zrobiła z choroby swój sposób na trwanie i do dziś dnia wspominam jej aktorskie parady, a była aktorką nieprzeciętnego formatu. Należy jej w tym oddać sprawiedliwość. Swoją rolę chorej doskonaliła nieustannie i kiedy wokół umierali inni, moja babka wychodziła do kolejnych bisów. Publiczność - mimo, że zmęczona - biła brawo, a ona jak trująca roślina mieniła się wielością barw. Tak że da się - jeśli się gra “po warunkach”, a babka Ligia miała ku temu wszelkie predyspozycje. Miała ich ponad miarę.
Tymczasem jej mąż, a mój dziadek chorował cicho i bez rozmachu. Chorował skromnie. I mimo tego, że od pasa w dół był sparaliżowany jego obecność cechowała widmowość. Był po prostu nieczynny. Był chorym, który przeprasza, że choruje. Chorym, który chce zniknąć, “zejść z oczu”, stać się przezroczystym, niewymagającym, cierpliwym. Jako chory był aktorem drugiego planu. Nie jakimś tam Henrykiem Bistą, który nigdy nie zagrał głównej roli, a wiele filmów wciąż oglądam wyłącznie dla niego. Mój dziadek był aktorem nieudacznym. Mój dziadek był w swoim chorowaniu autentyczny, co w tym wypadku szkodziło jego roli. Brakowało w jego chorowaniu przerysowania, brakowało gestu. Brak było w chorowaniu dziadka scenicznego drygu. Dziadek chorował nie komunikując się z publicznością. Chorował “do wewnątrz”, chorował “dla siebie” - innymi słowy, mój dziadek chorował naprawdę.
Tymczasem chory, który w chorobie widzi swoją życiową rolę, który się przez chorobę “staje” i w niej realizuje się do końca - musi grać rolę pierwszoplanową, chory nie może być statystą na planie codzienności. Tylko wtedy, kiedy chorowanie jest aktem woli, kiedy ma odpowiednią dramaturgię i rozmach, tylko wtedy choroba nabiera właściwej sobie grozy, a rola nabiera znaczenia. Dziadek nie był w tej roli obsadzony “po warunkach”. “Po warunkach” natomiast dziadek grał rolę “bohatera”. “Więzień obozów koncentracyjnych Gross Rosen i Buchenwaldu. Żołnierz Armii Krajowej”. To była rola życia mojego przedwcześnie zmarłego dziadka. Wykuli mu to później na nagrobku. Dziś codziennie ów napis ogląda gipsowa głowa Chrystusa, której ktoś całkiem niedawno utrącił połowę umęczonej twarzy.
Na fotografiach, którym się przyglądam - oboje jeszcze młodzi. On jasny, łysiejący blondyn, ona szatynka z trwałą ondulacją. Jeszcze nie wiedzą o swoim istnieniu, a wszystko co ich spotka, dopiero ktoś skrzętnie rozpisze na role. Takich ich teraz zostawiam, żeby sobie jeszcze potrwali, bo od dawna ich nie ma, więc niech sobie odrobinę pobędą, choćby tutaj. Na kartach tego dziennika.
Mnie natomiast czas zacząć diagnozować się i być może leczyć. Dla odmiany - leczyć ciało. Nie ducha. Nieznośna świadomość, że to już. Nieznośna świadomość, że to ciało. Że wór kości i tkanek, kilogramy mięśni, płyny ustrojowe i mięso, to wszystko nagle zbuntuje się w środku i na zewnątrz i trzeba będzie odtąd wystawać pod gabinetami kapryśnych i zblazowanych lekarzy, którzy już od dawna weszli w rolę usługodawców coraz mniej różniących się w swoim zachowaniu i nastawieniu od fryzjera albo kosmetyczki. W konsekwencji czego niegdysiejszy pacjent staje się klientem, a opieka lekarska przypomina rodzaj świadczenia, które nie różni się od transakcji zawieranej ze zwykłym sprzedawcą. Śmierć etosu zawodu lekarza jest bolesnym znakiem czasu, w którym żyjemy. Jest jednocześnie konsekwencją śmierci lub dogorywania szeregu wartości, od których świat odwrócił się radykalnie w procesie brutalnej i często bezmyślnej monetyzacji wszystkiego. Ja zamiast My wystarczy, żeby ta zmiana zaszła, utrwaliła się i została z nami na zawsze.
Trwa ładowanie...