"Stado. Dziennik"
05.02.2026 (czwartek)
Napięcie nagromadzone w szyi, w ramionach, w mięśniach wokół mostka. Moje ciało znowu dotyczy mnie bardziej niż kilka miesięcy temu. Moje ciało być może wzywa pomocy, a ja ciała nie słyszę, ponieważ z jakiegoś powodu wydaje mi się, że gdzie indziej dzieją się we mnie ważne rzeczy. A przecież ciało to nie wygląd - jak zauważa Olivia Laing. Ciało nie musi być kostiumem. Zawsze miałem do ciała stosunek dość niechętny. Moje ciało nie było mi posłuszne. Ciało tyło lub chudło. Ciało chorowało. Ciało było zmęczone. Ciało było za niskie. Ciało było zbyt wątłe, żeby raptem stać się zbyt tłuste i znów opadało z sił zamiast tężeć w tężyźnie i być mi uległe. Z ciałem mieliśmy zawsze nie po drodze. Trułem ciało przez lata alkoholem i papierosami. Żywiłem ciało niezdrowo proponując wątpliwe przyjemności. Ciało zaczyna mnie dotyczyć. Wciąż jeszcze zabieram ciało na spacery. Kładę ciało do łóżka. Budzę ciało. Usypiam ciało. Kąpię ciało. Dotykam ciała. Ubieram ciało. Karmię ciało, żeby tego ciała nie dręczyć zbędnym postem podyktowanym chorobą (bo przecież choruję) lub próżnością. Staram się z tym ciałem żyć w pokoju i wytężam wolę żeby to ciało akceptować takim jakim ono jest lub jakim się staje.
W Dziennikach Andrzejewski opisuje dość szczegółowo swoje doświadczenia szpitalne koncentrując się na typach ludzkich, które spotyka na różnych etapach leczenia. Swoją obecność na oddziale przyjmuje bez szczególnego zniecierpliwienia, niemal z pokorą, a przede wszystkim jednak - bez zadawania pytań poddaje się terapii i stara się korzystać z niewielkiej przestrzeni, która zostaje mu na przyjemności. Ową przyjemność wydaje się stanowić rozmowa oraz uważna obserwacja otoczenia. Dla mnie potencjalny pobyt w szpitalu, to wciąż perspektywa więcej niż mroczna. Pobyt w szpitalu jest dla mnie zdaniem się na łaskę i niełaskę ludzi, od których zależę. Co więcej - zależę od nich pozostając w zasadzie zupełnie bezbronny i bez wpływu na to, co się ze mną wyprawia, co się we mnie sączy, co każe mi się połykać, co mi się robi “w środku i na zewnątrz”. Dyskomfort, który odczuwam na samą myśl o tym nie jest wyłącznie kwestią zaufania. Jest przede wszystkim kwestią wiary. Otóż - od dziecka żyję w głębokim przekonaniu, że pobyt w szpitalu z całą pewnością mnie zabije, a najdrobniejszy nawet zabieg medyczny dotyczący mojego ciała, zakończy się niechybnie serią komplikacji, a w konsekwencji nagłym i przedwczesnym zgonem. Nic na to nie poradzę. Tak mam. Co więcej. Nieszczęśliwy przypadek mojego ojca potwierdził jedynie i umocnił mój abstrakcyjny, irracjonalny i nieuzasadniony (do chwili jego śmierci) lęk, który po tym co się wydarzyło przybrał charakter dowodu anegdotycznego potwierdzającego śmiertelne zagrożenie zawisłe nad osobami hospitalizowanymi. Stąd być może owo napięcie mięśniowe oraz somatyzacja, która teraz musi zostać skonfrontowana z diagnostyką obrazową. Jednym słowem - udręka i nuda śmiertelności. Obie żądają ode mnie spłaty długu w jedynej walucie, w której nie może mieć człowiek oszczędności - żądają ode mnie czasu. Mojego czasu. Ja natomiast nie mam wyboru. Muszę płacić.
Naturalnie wydarza się również dobre, które w odróżnieniu od złego często tracimy z oczu. Podobnie jak brak bólu dostrzegamy dopiero wtedy, kiedy pojawia się ból - dobre traktujemy z arogancją i lekceważeniem nie dostrzegając jego cichej obecności. Na przykład:
…godziny spędzone z dziećmi, rozmowy z Radkiem, pełny żołądek, ciepłe wnętrza, w których wygrzewamy się jak koty. I jeszcze książki, spacery oraz wybór, który wciąż mamy. To że możemy słuchać. To, że możemy być słuchani. Że mogę powiedzieć: “Do jutra” i że to jutro wydarza się kilka godzin później, a oni są tam gdzie byli. Że jest do czego wracać, jest od czego odpocząć, jest coś za czym można tęsknić i coś, czego można mieć serdecznie dość. Że można doświadczać, można rezygnować, można porzucać, wracać, można czegoś żałować i można zrozumieć. Że istnieją utrata i nadmiar, chaos i porządek, niepokój i kojąca świadomość, że wszystko ma swój koniec. Że można mieć pewność i można mieć wątpliwości. Że można wiedzieć lub wierzyć - można ufać i trwać w ufności. Że wciąż jeszcze niewiele muszę, wiele natomiast mogę. Że nie jest możliwe wszystko, ale wciąż wiele może się wydarzyć.
Wiedzieć dobre, które z natury bywa ciche. Czasami bywa nudne. I wtedy nazywamy to codziennością. Sprowadzając ją do frazesu, mówimy o “prozie życia”. Bezwstydnie. Bo to jest w gruncie rzeczy - “dobra proza”. Trzeba się tylko wczytać.
Trwa ładowanie...