"Stado. Dziennik"
02.02.2026 (poniedziałek)
…więc Duch na jakiś czas musi ustąpić miejsca ciału, bo ciało należy przebadać i ciało trzeba będzie leczyć. Na pociechę Wojciech Zalewski, który w zimowym numerze “Więzi” pisze: “Żyjąc nie uciekniemy przed wyborem. Tylko że nie dotyczy on alternatywy wiara - niewiara. Dramat wolności rozgrywa się na jeszcze głębszym poziomie i dotyka pola możliwości: fizyka albo metafizyka. Bezduszność albo duch” i jeszcze: “Duchowość to próba dosięgnięcia czegoś, co nieustannie nam się wymyka: nas samych. Kim naprawdę jestem? Co mam czynić? Skąd wychodzę i dokąd zmierzam? To te pytania są fundamentem ducha, a co za tym idzie, filozofii jako wiedzy o nim (...)”.
Wolność nie pojawia się w tych fragmentach przez przypadek. Wolność jest rdzeniem zagadnienia. Wolność jest kwestią zasadniczą w rozmyślaniu o Duchu, bo przecież wolność to parsdoksalnie - precyzyjne ustalenia. Wolność to problem granic - moich granic i granic Drugiego. Wolność, którą gotów jestem w jakiejś części oddać lub współdzielić wszędzie tam, gdzie ów akt pozostaje moim, nie cudzym aktem woli. Wolność, która ulega zredukowaniu we wspólnocie stada, w rodzinności, która na tę wolność kładzie ciężar obowiązku lub powinności - ciężar do uniesienia, bo przecież jest jeszcze miłość i jest troska, jest wszystko inne, które z rozumnego ograniczenia wolności, bierzemy przecież dla siebie - przynależąc i czerpiąc z tego jakąś jednak stadność, która bliższa jest naszej naturze biologicznej niż promowana tutaj osobność.
Można w tym “błądzić skutecznie” jak mawiał Zbigniew Mikołejko cytowany przez Zalewskiego, a i tak życie to jest żywioł, który odwraca uwagę od głębszego namysłu. Bo córka nie chce chodzić do szkoły. Bo syn musi wybrać kierunek studiów mając szesnaście lat, co wydaje się być wyborem niemal niemożliwym, wyborem z całą pewnością dotkniętym bolesną przypadkowością. Bo dwudziestolatek miałby z tym problem równie żywy, a co dopiero chłopiec, który jeszcze kilka lat temu bawił się klockami. Bo boli, bo smuci, bo nie wystarczy, bo aż nadto, bo trzeba będzie snuć się po ciemnych poczekalniach smętnych NZOZ-ów i skanować ciało, a przecież to jest czas, którego nikt nie zwróci, to są myśli, które uciekają człowiekowi w kierunku lęków, obaw i strachów, a przede wszystkim w stronę projekcji i samospełniających się przepowiedni. Na jakiś czas będę musiał intensywniej rozsiąść się w ciele - zamieszkać w nim - jak pisał Bacon. Przypomnieć sobie o jego istnieniu, poświęcić mu więcej uwagi. Ciało to nie jest energia, z którą byłem. Myśl była tą energią, nią się żywię. Od niej też miewam niestrawności, nią się truję.
Tymczasem gwałtowny powrót mrozów. Nocą temperatura spada do minus czternastu stopni. Wczoraj odrobina słońca. Dziś pochmurno i wietrznie. W konsekwencji redukuję liczbę dziennych spacerów, więcej czasu spędzam maszerując po mieszkaniu. Oczywiście z książką, co wygląda dość komicznie biorąc pod uwagę niewielkie powierzchnie mieszkań w blokach. Dostaję od tego zawrotów głowy, ale iść trzeba. Jak pisał Nietzsche cytowany przez Frederica Grosa w “Filozofii chodzenia”: “Jak najmniej siedzieć, nie wierzyć żadnej myśli, która się nie narodziła na wolnym powietrzu i przy swobodnym ruchu (...)” A skoro mowa o tym, co mi przychodzi do głowy, to przyszedł mi do niej początek powieść. Powieści, której nigdy nie napiszę:
(...) Mój ojciec umarł wiosną. Nie byłem tym faktem zainteresowany. Podczas pogrzebu przyglądałem się jego fotografii umieszczonej obok urny zastanawiając się, czy jego zęby zostały zmielone na proch, czy znajdują się w jej wnętrzu w całości. Wszyscy wiemy, że zęby przetrwają każdą katastrofę. Dzięki zębom istnieje większa szansa, że wobec śmierci nagłej, masowej oraz wobec postępującego rozkładu to one mogą nam zwrócić nasze imię, nazwisko, a nawet naszą, pożal się Boże - historię. W zębach jak plomba tkwi zastygła pamięć. Pamięć o nas.
O tym mniej więcej myślałem podczas pogrzebu ojca, a ponieważ kilka tygodni wcześniej odstawiłem przepisane mi przez mojego psychiatrę leki, z każdym dniem zanurzałem się z rozkoszą - coraz głębiej - w odmętach nieuniknionej manii. To był uroczy pogrzeb, a ja bawiłem się wyśmienicie odgrywając rolę oryginała, który gdyby mu zagrano, z całą pewnością obtańcowałby podczas stypy wszystkie ciotki, pociotki, a nawet zdegustowanych tego rodzaju entuzjazmem członków najbliższej rodziny. Jak dziecko bawiące się smartfonem - byłem gdzieś indziej. Przede wszystkim jednak - było mi tam dobrze. (...)"
Więc umieramy. Niczym innym nie zajmujemy się, koniec końców, z większym lekceważeniem i nieuwagą jak śmiercią, w którą postanowiliśmy przestać wierzyć. Tymczasem jak pisze Cory Leadbeater w swoim wspomnieniu o Joan Didion "Na marginesie Manhattanu" - "(...) śmierć jest niewzruszonym faktem, (...) strata odbija się echem przez całe życie, (...) nie ma odzyskania umarłych (...) ci, których kochamy, mogą nam zostać odebrani lub możemy zostać odebrani im, z taką samą ceremonią, z jaką odbywa się gaszenie świateł w budynku biurowym. (...)"
Tymczasem ostatnie dwie dekady spędziłem na rozpaczliwym i zachłannym pragnieniu doświadczania tego czym jest życie, jednocześnie autoagresywnie fantazjuzjac o samobójstwie. To pierwsze wiązało się z narastającym poczuciem braku lub utraty. Drugie przynosiło chwilowe uczucie ulgi podobne do tego jakie daje nam wypity alkohol lub wymierzona w uczucie lęku farmakologia. Mimo tego, że dostrzegałem w tym pokłady niedorzecznych sprzeczności godziłem się na to ponieważ to byłem ja - nikt inny - takim siebie chciałem, takim przychodziłem do siebie z wizytą, innego siebie nie znałem. Dzisiaj nie chcę już tego kogoś pod drzwiami. Staram się z nim dogadać. Negocjując charakter nowego wciąż zadaję sobie pytania: Czy wystarczy mi czasu? Czy zdążę? Czy jestem jeszcze zdolny zaufać i wyglądać Dobra? Ile jest we mnie wolności do oddania? Ile wolności we mnie, żeby ją zatrzymać? Czy “błądzę skutecznie”, czy na próżno?
Trwa ładowanie...