"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

10.02.2026 (wtorek)


 

Stosy książek, o których było już tutaj wiele. Sięgam zatem ku temu, który zgromadził książki z dawna przeczytane i wydobywam z wahliwej konstrukcji “Królestwo” Emmanuela Carrere’a. Czytałem je po raz pierwszy przed dwunastu laty. Dzisiaj wydaje mi się koniecznym, żeby do lektury “Królestwa” powrócić z tym, z czym tym razem ja przychodzę do tej opowieści, ponieważ jak wcześniej zdążyłem już zauważyć - nie tylko książki przychodzą do nas z opowieścią, ale my również przychodzimy z opowieścią do książek. 

Przyniosłem zatem “Królestwu” siebie w kryzysie mojego do niedawna konsekwentnego i zabetonowanego zdałoby się, ateizmu. Przyszedłem do “Królestwa” z nadzieją, którą w sobie posiałem. Przyszedłem do “Królestwa” pełen wątpliwości dotyczących fundamentów rzeczywistości, którą traktowałem jako coś trwałego i niezmiennego w jej opisie podanym mi przez Comte - Sponvile’a, Hitchensa czy - nie bójmy się tego nazwiska - Dowkinsa. Dziś ten ostatni wydaje mi się wypadkową powstałą wskutek połączenia postawy błazeńskiej z fundamentalizem a rebours - który lubi przywdziewać szaty opresywnej “naukowości” poglądów, grzesząc komiczną retorycznością opartą na autorytecie badań. Świat jest jednak czymś więcej niż tylko matematyką wiedzy. Bywa nieścisły, a przez to wciąż nieopisany, chociaż lubimy wierzyć, że wiemy i że wiemy na pewno

Czytam zatem “Królestwo” w sobotę i czytam w niedzielę poświęcając mu wiele uwagi, tym bardziej, że czytam je inaczej niż ten, który będąc mną czytał je w roku 2014. Wbrew temu, że w owym czasie, tego kogoś było o dwadzieścia kilkogramów więcej, ów ktoś był jednak znacznie lżejszy od tego, kto dzisiaj czyta Carrera. Był lżejszy o doświadczenie nie jednej utraty, ale też o niejedno dane mu w minionym czasie olśnienie. Jednym z nich niewątpliwie, jest żywe przekonanie o tym, że jeśli utrwala się w nas przeświadczenie o istnieniu czegoś, co już się w nas nie zmieni, z czym zostaniemy jak Himilsbach z angielskim, to z całą pewnością zaczynamy wierzyć w niebezpieczny farmazon, który życie zweryfikuje z właściwą sobie brutalnością - w najlepszym wypadku - ze złośliwą ironią. 

Carrere mierzy się w “Królestwie” z osobistym doświadczeniem nawrócenia, które okazało się doświadczeniem rozczarowującym. Jeśli nie klęską wiary, to przynajmniej jej bankructwem. To również historia ewangelistów. Głównie Pawła i Łukasza, ale też Marka i Mateusza. To podróż do pierwszych dziesięcioleci istnienia tego, co dziś określamy terminem “chrześcijaństwo”. To próba zrozumienia fenomenu żydowskiego nauczyciela i jego uczniów, który spowodował radykalny zwrot w dziejach planety, czego skutków doświadczamy również dzisiaj. Kiedy wiele lat temu czytałem tę książkę byłem przekonany o tym, że mam do czynienia z literaturą, która brutalnie rozprawia się z chrześcijańską mitologią, “krętactwami” Pawła, bełkotem Jana, ascetycznym stylem Marka, czy intelektualnymi deficytami Łukasza. Dzisiaj jestem przekonany o tym, że fragment z Carrera, który wtedy przeoczyłem definiuje jego badawczą postawę i zdecydowanie zaprzecza moim niepoważnym (w tamtym czasie) rozpoznaniom. Niepoważnym lub po prostu - nader oczywistym, ponieważ nie należy do rzeczy trudnych kpić z czegoś, na co nie mamy dowodów. Co więcej - często tracimy z oczu własne kompromitacje jeśli stajemy w pełnej lekceważenia opozycji wobec spraw, które w swojej istocie sprowadzają się do kwestii wiary. Carrere ucina spekulacje dotyczące charakteru tej narracji w oszczędnym lecz wyczerpującym wyznaniu: 

“(...) Nie, nie wierzę, że Chrystus zmartwychwstał. Nie wierzę że jakiś człowiek mógłby wrócić ze świata umarłych. Ale to, że można w coś takiego wierzyć, że ja sam w coś takiego wierzyłem, intryguje mnie, porusza, bulwersuje – nie wiem, jaki czasownik byłby tu najodpowiedniejszy. (...) Piszę tę książkę, aby nie przechylać się do własnej opinii. (...)"

U podstaw tego dziennika znajduje się podobne założenie. Zaglądać wszędzie tam gdzie pojawia się pewność lub bezrefleksyjne trwanie. Kwestionować, podważać, mnożyć wątpliwości - pytać o siebie wobec tego, co wydaje się zorganizowane w zbiór poglądów, przekonań i retoryczności. Być wyrozumiałym dla własnego nie wiem, nie rozumiem, nie wierzę i podobnie cierpliwym dla wierzę, ufam, wiem lub rozumiem. Ponieważ i jedno i drugie kończy się lub wciąż jest w drodze. Wracać do “Wielkiej Przygody”, o której pisze Alfred North Whitehead, która zawsze jest przecież przygodą Ducha. To jedyna znana mi forma podróży, która pozwala podróżując, być coraz mocniej - w domu. A jeśli nie w domu, to w taki czy inny sposób - u siebie. 

"(...) wiele polega na tym, by wierzyć w to, w co się nie wierzy, a nie wierzyć w to, w co się wierzy (...)” - pisze Carrére cytując słowa Lanza Dell Vasto, ucznia  Gandhiego, by już w następnym wersie, we właściwy sobie sposób droczyć się z czytelnikiem powołując się na słowa Marka Twaina, który pisał: "Wiara, jest to uznawanie czegoś, o czym się wie, że nie jest prawdą". Odnajduję w “Królestwie” swój obecny nastrój. Jestem w tym na nowo i zawsze w tym byłem. W niewygodnej pozycji kogoś, kto odwraca się od siebie nie po raz pierwszy, a przez to zwraca się jednak ku sobie. 

Czym jest “Królestwo” Carrere wyjaśnia powołując się na Łukasza i przypowieść o synu marnotrawnym - jedną z tych przypowieści, w których absurd staje się nie do zniesienia.  Nasze poczucie moralności lub wprost - sprawiedliwości, zostaje poddane wielkiej próbie.  Odwracamy się zatem od “Dobrej Nowiny” przekonani o tym, że to jest jednak eksperyment nazbyt radykalny. "Życie na tym padole jest właśnie takie, niesprawiedliwe, okrutne, stronnicze, wszyscy o tym wiemy, ale zobaczycie, Królestwo to coś całkiem innego..." Otóż wcale nie. Łukasz wcale tego nie mówi. On mówi: "To jest właśnie Królestwo". I jak mistrz zen, wypowiedziawszy koan, zostawia was z tą zagadką" - pisze Carrere.

Więc dostajemy od Łukasza swoisty rejestr grozy. Upadek rozumu, który następuje wskutek konfliktu porządków. Tego, który wydaje się oczywisty, z tym, który do nas przychodzi w przypowieści. Groza - albowiem niespodziewanie nic nie jest tym, czym się wydaje. Może nie od razu “świat to ułuda”, ale paradoksalnie “Królestwo” jawiąc się jako bolesna realność dalekie jest od wyobrażeń związanych z Królestwem Niebieskim, które przeczuwamy. Myśleliśmy przecież, że to o nie chodzi.  Mocna puenta. Urealnienie na miarę nawrócenia. A może zawrócenia z drogi, która prowadzi do rzeczywistości, w której woda zamienia się w wino, nieuchronnie przenosząc nas tym razem w rejestr baśniowy, a przecież uciekamy tutaj od fikcji. Czy mamy jednak dość odwagi, żeby zrezygnować z koniecznych w baśniowym rejestrze, pomyślnych zakończeń? 

Przychodzimy do książek z opowieścią. Groza Królestwa w “Królestwie” polega na jego surowości. Radykalność świata, do którego zostaliśmy zaproszeni w niczym nie przypomina letniej współczesności. Przypominamy Rzymian, którzy nie wierzyli w swoich bogów, co nie przeszkadzało im orbitować wokół ich postaci, oddawać im czci, organizować życie wokół rytuału. Rzymianie rozumieli jego porządkujący charakter. Godzili się na jego powierzchowność, brak głębszej treści, na to, co Carrere nazywa “kontraktowością”, a w czym Byung Chul Han dostrzega ich brak skłonności do psychologizowania i subiektywizowania uczestników. Saint - Exupéry pisał, że są one tym czym są rzeczy w przestrzeni. Wszystko to rozumieli Rzymianie organizując się wokół rytuału. “Pomyślmy o sobie, ludziach Zachodu XXI wieku” - pisze Carrere - “Laicka demokracja to nasza religio. Nie oczekujemy, że nas będzie uskrzydlała ani, że będzie zaspokajała nasze najskrytsze pragnienia, a jedynie liczymy, że będzie stwarzała ramy, w których może się rozwijać wolność każdego z nas." 

Tymczasem Królestwo jest ofertą żywą, tętniącą, wymagającą, a nawet rewolucyjną. Wiemy jednak jak kończą dzieci rewolucji. Czytając “Królestwo” utwierdziłem się w przekonaniu, że to czego szukam nie jest opowieścią o zbawieniu ani zmartwychwstaniu. “Nie wierzę, że jakiś człowiek mógł wrócić ze świata umarłych” - pisze Carrere. Podzielam z nim ów brak wiary. Jednocześnie podobnie jak jemu nie daje mi spokoju myśl o tym, że mogłem w to wierzyć przez długie lata. Oznacza to bowiem, że jest we mnie coś, czego nie tylko nie rozumiem, ale nie jestem w stanie przewidzieć dokąd mnie owo coś prowadzi. Więc jednak groza. Groza bankructwa wiary i groza nawróceń. “W każdym z nas jest okienko wychodzące na piekło”. - pisze Carrere. Ponadto nie wszystko zdolna jest obsłużyć metafora. Życie - jeżeli staje się tekstem - o wiele bliższe jest prozie gatunkowej. Wszystko już było, a jednak wiele wydarza się na nowo. 

 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...