"Stado. Dziennik"
13.02.2026 (piątek)
Późny spacer. Od kilku dni gwałtowne ocieplenie sprawia, że powietrze wydaje się niemal wiosenne. Prognozy wieszczą jednak rychły powrót mrozu, więc korzystając z okazji błądzę po mieście rozpaczliwie usiłując nadać wędrówce jakiś wektor. Odnajduje się zatem pośród książek w czynnym jeszcze Empiku i całkiem niewiele brakuje do tego, żebym opuścił ten moloch z “Septologią” Fosse’go. Od zakupu powstrzymuje mnie jedynie lista lektur, do przeczytania zapisana wymownie w stosach książek, które wypełniają przestrzeń mojego mieszkania. Centrum natomiast wyludnione. Pomimo piątku - zatrzymane i puste. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu mieszkało tutaj niemal ćwierć miliona ludzi. Dzisiaj populacja tego powiatowego miasta, na którym ciąży odium rosyjskiego zaboru i smutek pokracznej Kongresówki, nie przekracza dwustu tysięcy mieszkańców. Ale nie demografia przychodzi mi do głowy, kiedy maszeruję w ciemnościach. W głowie mam martwych, których widzę na placu katedralnym, na ulicy Strażackiej i u zbiegu ulicy Ogrodowej. Są takie fotografie z pierwszych dni września 1939 roku, na których niemieccy żołnierze trzymają pod bronią żydowskich mieszkańców Częstochowy. Kilku anonimowych mężczyzn patrzy w obiektyw anonimowego fotografa. Anonimowa śmierć przygląda się anonimowemu życiu. Dla infernalnej równowagi, koleje zdjęcie: ogromna przestrzeń u stóp katedry, pełna martwych ciał Polaków zastrzelonych przez Wehrmacht, u progu tamtej jesieni - 4 września. Ów dzień zyska miano “krwawego poniedziałku”. Pretensjonalność martyrologii na wielu poziomach najczęściej bywa nieznośna. Szczególnie upośledza literacko. Tak czy inaczej - mój spacer przecina te miejsca. Dzisiaj nieruchome - jakby z tamtego czasu, w monochromach zimowej nocy. Widma, które ożywia moja niewdzięczna pamięć. W reportażu o duchach, ktoś pewnie wspomniałby o “szczególnych wibracjach odczuwanych w pobliżu miejsc kaźni, nagłych śmierci, masowej udręki”. Tymczasem nie ma tam nic poza pustką i wolną przestrzenią, dla której moja wyobraźnia projektuje sylwetki tych, którzy dawno odeszli. Mordercy wrócili do domu i dożyli swoich dni w malowniczej Bawarii, albo gdzieś na Szlezwiku-Holsztynie. Może ich ciała rozkładały się miesiącami nad Wołgą, albo na ukraińskim stepie. Może zamarzali albo ginęli od bomb lub ostrzału. Całkiem możliwe, że cieszyli się codziennością w ciepełku planu Marschalla podczas gdy ich ofiary zakopano najpewniej w bezimiennych grobach. Po jednych i po drugich nie ma dzisiaj śladu, a przecież nic człowiekowi skuteczniej nie spędza snu z powiek niż lęk przed tym, że zniknie, przepadnie, rozpłynie się po nim wszelka pamięć. Powiadają, że w pamięci naszych “następców” wystarczą trzy pokolenia, żeby nasze donośne istnienie zamieniło się w trwały niebyt. Rację mieli i mają żywi. Martwi powinni ustąpić. Vivat secventes? Doprawdy?
Noc niespokojna. Sen rwie się i właściwe gdyby nie zachmurzenie mógłbym śledzić pozorny ruch gwiazd na ciemnym niebie - światło, którego nie ma - a przecież widzimy je każdej nocy. Podobna umowność trwania do tej, która dotyczy tych, których widziałem dzisiaj będąc w drodze. Coś drży jak piksel, który za chwilę się wypali.
Trwa ładowanie...