"Stado. Dziennik"
14.02.2026 (sobota)
“Trzeba to ciągle powtarzać: nawet jeśli jesteśmy wszyscy równi wobec śmierci (...) to nie jesteśmy równi wobec umierania” - pisał Jean Amery.
J.M Coetzee w “Relacji Jacobusa Coetzee’go” zauważa natomiast, że: “Kto nie zrozumie liczb, ten nie zrozumie śmierci. Dla kogoś takiego śmierć jest niepojęta jak dla zwierzęcia.” Moja dziewięcioletnia córka, kilka lat temu mieszkała jeszcze w cytacie z Coetzee’go. Widząc na ulicy mężczyznę podobnego do mojego zmarłego taty krzyknęła: “Zobacz, dziadek wrócił!” Co więcej - wcale jej ten “powrót” nie zdziwił. Powrót mojego taty, a jej dziadka z zaświatów był dla niej czymś zwyczajnym. Jednocześnie moja córka nie widziała wtedy różnicy pomiędzy setką kamyków, a ich dwiema setkami. Godzina była dla niej tym samym co kwadrans. Dwa i dwa nie musiało równać się czterem. Czegoś było dużo lub mało. Dlatego w tamtym czasie, moja sześcioletnia córka, czekała na swojego zmarłego dziadka, aż ten powróci i powie: “Już jestem!”
Dzisiaj moja córka ma lat dziewięć i kilka godzin temu dopytywałem ją z tabliczki mnożenia. Policzalność coraz mocniej zadomawia się w jej przestrzeni. Świat staje się wynikiem określonych działań. W konsekwencji - jej dziadek, a mój ojciec - staje się coraz bardziej martwy. Nie wróci. To więcej niż pewne.
Amery natomiast o czymś innym. Amery w pewnym sensie o czymś, co lubimy odnosić do życia, a przecież to kryterium dotyczy również śmierci. Amery pisze bowiem o “jakości”.
Lubimy myśleć i mówić o “jakości życia”. Lubimy po nią sięgać. Fiksujemy się na jej “poprawianiu”. Tymczasem spójrzcie jak umierali Żydzi w Treblince. Jak umierali więźniowie w sowieckim łagrze. Jak umierają pacjenci na oddziałach onkologicznych - zauważa Amery. Jak umierają starcy pośród swoich bliskich. W samotności w domach przeznaczonych do opieki nad tymi, których nikt już nie chce.
Myślę o tym, kiedy spaceruję pośród grobów na pobliskim cmentarzu. Bywam tam często u mojego ojca. A skoro już tam bywam i palę w jego towarzystwie papierosy, wracam spacerem tnąc w poprzek ogromną nekropolię. “Średniowieczni” również chadzali na cmentarne spacery, tak jak my chadzamy na nie dzisiaj do parków. Ich relacja ze śmiercią była jednak biegunowo różna od naszej. Była w niej zgoda na to, co nadejdzie. Śmierć była pośród nich w roli domowniczki, z którą należało się liczyć, podczas gdy my chcemy sprowadzić ją do pozycji ubogiej krewnej, wyrzucić ją z mieszkania. Z owej zgody współczesność cokolwiek nas kastruje. Między innymi o tym pisze Barbara Ehrenreich (“Z przyczyn naturalnych”) podejmując próbę dekonstrukcji mitu o skuteczności zabiegów polegających na przeciwstawieniu się temu, co nieuniknione. Śmierć, którą na wielu poziomach staramy się przechytrzyć wciąż zbiera swoje żniwo, a dowody naukowe dotyczące również profilaktyki medycznej nie wskazują jednoznacznie, że obsesja zdrowego stylu życia wpływa bezpośrednio na długość jego trwania, czy spadek śmiertelności w przypadku zdiagnozowanych schorzeń. Kontrowersyjna hipoteza brzmi: Czy kultura wellness nie jest przyczyną zwiększenia poziomu stresu, pogłębienia frustracji i dręczącego poczucia winy wbrew obietnicy mającego nadejść - ukojenia. Być może zatem godzina koncentracji na intensywnej lekturze lub czas spędzony z przyjaciółmi przynosi ten sam efekt "osadzenia", co medytacja w wyspecjalizowanym ośrodku - stwierdza Ehrenreich. Czy antidotum na lęk przed odchodzeniem może być "utowarowiony" buddyzm pozbawiony jakichkolwiek odniesień do transcendencji? Kim w rzeczywistości jest Larry Ellison, współzałożyciel Oracle deklarujący, że przywykł do osiągania celów, więc nie rozumie dlaczego miałby się kiedykolwiek zatrzymać, tymczasem śmierć "bardzo go wkurza", w związku z czym decyduje się wydać miliony dolarów na badania nad powstrzymaniem procesu starzenia. Jak donosi cytowany przez autorkę Newsweek: "Peter Thiel, miliarder, współzałożyciel Pay Palla, planuje dożyć 120 lat. (...) Dimitry Itskov, ojciec chrzestny rosyjskiego internetu, twierdzi, że jego celem jest 10 tysięcy lat życia." Wspomniany wcześniej Ellison uważa, że "samo pojęcie akceptacji śmiertelności jest niepojęte, a współzałożyciel Google, ma nadzieję, że pewnego dnia wynajdzie lekarstwo na śmierć". Pycha przesiąknięta groteską. Paniczny lęk przebrany za bezczelność lub tupet. “Ja”, które wije się w konwulsyjnym lęku, więc zaczyna bredzić. “Śmierć jest nie do przyjęcia, chyba że ktoś umie zapomnieć o własnym ja” - zauważa w swoim dzienniku Susan Sontag. Intelektualne tło dla takiej definicji “ja” Ehrenreich widzi w figurze “śmierci Boga”. Magazyn “Time” w roku 1966 publikuje okładkę z pytaniem sformułowanym przez Nietzchego: “Czy Bóg umarł?”. Najwyraźniej odpowiedź na to pytanie, której udzieliła sobie część ludzkości czytającą “Timesa” brzmiała: “Owszem - ten gość nie żyje” i odtąd jesteśmy “sami w martwym wszechświecie, nie pozostały już poza nami żadne świadome istoty”. Gdyby rozumowali w ten sposób “średniowieczni”, być może nigdy nie powstałyby gotyckie katedry
Wracam jednak do mojej ponurej przechadzki. W miejsce ukryte pośród sędziwych drzew, na częstochowskich Kulach. Daty śmierci, które oko zdoła wypatrzeć na kamiennych nagrobkach to próg dwudziestego stulecia. Jeszcze przed Sarajewem. Przed Franzem Ferdynandem w zakrwawionej, mundurowej kurtce. Przed niefortunną salwą z broni ręcznej, która zamieni Europę w lej po bombie.
Tymczasem z omszałych nagrobków i pomników spoglądają kupcy, obywatele ziemscy, zamożni mieszczanie. Ich tęgie żony w niewygodnych sukniach. Powojenna moda nie wyzwoliła jeszcze kobiecych bioder i piersi z gorsetów. Jeszcze to, co wydarzyło się pod Ypres, Sommą, Verdun, Arras, w Karpatach czy Galicji nie pozwoliło zerwać z formą i niewygodną elegancją. Ich głowy zdobią jeszcze kapelusze, ogromne jak latające spodki.
Czy świat, który miał trwać niezmiennie pod panowaniem spokrewnionych książąt, spowinowaconych cesarzy i królów liczonych na pęczki był lepszy od tego, którym stał się później? Kim byłbym gdybym urodził się w rodzinie Uljańskich jako prawnuk cesarsko-królewskiego porucznika i Anny z domu Czarneckiej. Pod czyim panowaniem rodziłoby się moje dzieci? Czy nosiłbym wąsy zawadiacko sterczące ku górze, które przed snem zbroiłbym w elegancją bindę?
Lubię to miejsce, w którym umarli odchodząc, nie wiedzieli o śmierci Romanowów, nic nie wiedzieli o trujących gazach pól bitewnych frontu Zachodniego i austriackim kapralu, który nie został artystą malarzem. Nie wiedzieli, że za kilka lat pójdzie na dno transatlantyk o wdzięcznie nazwie “Titanic”, a wiele lat później sale kinowe wypełnianią się publicznością, która napychając usta popcornem będzie przyglądać się tej tragedii. Leonardo di Caprio i Kate Winslet zagrają w niej główne role. Miłość, której nie udało pokonać się podziałów klasowych. Nie ten pokład i wszystko kończy się na dnie oceanu. Kate Winslet unosi się w basenie powstałym na użytek tej sceny. Parę z ust dodano w postprodukcji.
A ci spod omszałych nagrobków? Czy kochali się na zabój, czy raczej ostrożnie? Czy gdyby pradziadek Stefan, w wojskowym uniformie nie strzelił cholewami oferując pannie Hani miejsce w przedziale oficerskim - zostałaby moją prababką? A może urodziłbym się wskutek innego splotu zdarzeń? Może byłbym potomkiem chłopów spod Sandomierza, albo przyszedłbym na świat w rodzinie częstochowskich Żydów, którym moje rodzinne miasto zgotowało na przedwojniu dwa wdzięczne pogromy. Albert Camus napisał w kanonicznej “Dżumie”: “Najbardziej można poznać miasto starając się dociec, jak się w nim pracuje, jak kocha i jak umiera”. Wracam do domu w mroźne lutowe popołudnie o wiele bardziej śmiertelny niż wtedy, kiedy odwiedzałem to miejsce w towarzystwie moich martwych krewnych. Śmiertelny i niespokojny, ponieważ nie ma we mnie takiej wiary, która rodziłaby nadzieję. Staram się lecz najwyraźniej błądzę. A błądzę nieskutecznie.
Trwa ładowanie...