"Stado. Dziennik"

Obrazek posta

18.02.2026 (środa)

Późną nocą projektuję kolejne podróże. Te, w które się nie wybiorę z przyczyn  obiektywnych jak i tych, które obciążą mnie winą lub zaniedbaniem. Nie spakuję po prostu walizek, nie spakuję wytrawnie plecaka, nie wskoczę w pociąg nocny lub takiż autokar, który powiezie mnie w ciemność, żebym mógł o świcie stanąć w prawdzie o sobie w obcym miejscu - jałowym jak sumienie noworodka. Gdzieś na granicy snu planuję wielką ucieczkę nad zimowe morze, albo w znajome góry pełne obrazów sprzed dekad, ponieważ zwykłem włóczyć się po górach w latach młodzieńczych tak jak nie zwykłem wygrzewać się wtedy na słonecznych plażach. Dziś najchętniej odwróciłbym ten projekt i szedłbym przed siebie godzinami mając w uszach kojący szum wody. Być w drodze - oznacza - być daleko. Pozwolić myślom odnaleźć nowe sensy. Pokłady drobiazgów, szczegółów, które jak pisze Blackburn - mają dla nas istotne znaczenie. Zanurzyć się w nie mając za plecami odległość - kojące doznanie ustępującego poczucia absurdu. Świat, który układa się w pozornie znany porządek. Ten, któremu instynktownie pragnie się zaufać, zanim przyjdzie nam do głowy, że przecież żyjemy w świecie, który odwraca się od naturalnych porządków. Porządki naturalne nie wpisują się w projekt liberalny, nie wpisują się również w hałaśliwe ewangelie wokenessu, bywają również sprzeczne z duchem czasu, w którym nasza tożsamość -  jak zauważa Marcin Napiórkowski w “Kodzie kapitalizmu” -  kształtuje się w supermarkecie. “Budujemy ją nie dokonując dramatycznych światopoglądowych wyborów lecz raczej setek drobnych decyzji związanych ze stylem życia” - pisze Napiórkowski. 

I przede wszystkim - na Boga - wyciszyć, a nawet nie bójmy się tego powiedzieć głośno - wyłączyć nareszcie telefon. “Abonent” powinien być bowiem czasowo niedostępny. Niedostępność “abonenta” powinna być częścią projektu widmowej podróży, w którą nie wybiorę się dzisiaj, ani jutro, ale być może kiedyś zdecyduje się na nią i zniknę.

Niedostępność - kusząca oferta odmowy wszelkiej współpracy z codziennością, ze Stadem, z przyjacielem, z pracodawcą, z urzędem i z państwem. Ale to również niemałe wyzwanie - w czasie, kiedy logujemy się nieświadomie wysyłając sygnał o naszym istnieniu krążącej na orbicie elektronice. Zawsze obecni w zapisie gromadzonych gdzieś danych, z których sami przecież uwielbiamy korzystać klikając w darmowych aplikacjach przycisk “Wyznacz trasę - Rozpocznij”. 

Żyjemy w świecie najbardziej bezpiecznym ze światów, których doświadczyła przed nami ta planeta. Jednocześnie narażeni jesteśmy na bezprecedensową grozę bycia częścią rzeczywistości, w której nie sposób odróżnić realne od nierealnego, prawdę od nieprawdy, intymność od wyznania i autentyczność od statusu w mediach społecznościowych. Można od tego uciekać, ale przecież nie sposób od tego uciec. Jesteśmy bowiem dostępni. Czy nam się to podoba, czy nie. Na wyciągnięcie ręki. Zawsze w orbicie potencjalnego kontaktu. 

Tymczasem mój syn i jego mama lądują szczęśliwie na Heathrow. Dowiaduję się o tym we wczesnych godzinach porannych. Wieczorem dostaje serię zdjęć, z których uśmiechają się do mnie ich cyfrowe wizerunki. Są dostępni ponieważ wykupili odpowiedni pakiet internetu. I ja jestem dostępny, ponieważ moje podróże projektuję zapadając w sen w miejscu, w którym urodziłem się czterdzieści dziewięć lat temu i w którym prawdopodobnie za jakiś czas umrę. Niegotowy do drogi. Śmiertelnie zmęczony. Ogłuszony szumem widmowej wody, która okaże się gasnącym szumem tętnic. Dalej jest cisza, która trwa. Która się nie kończy. 

Zobacz również

"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"
"Stado. Dziennik"

Komentarze (0)

Trwa ładowanie...