"Stado. Dziennik"
19.02.2026 (piątek)
Kilka raportów z Londynu. Syn dzieli się wrażeniami z wyspy. Ojciec, który mocno trzyma się kontynentu - słucha. Rozmontowane imperium, które nie upadło. Karol Stuart - pierwszy nowożytny monarcha ścięty przez Republikę, która niewiele później wyrzeknie się samej siebie restaurując katolicką wówczas dynastię Dziś po cyklach zmian i przeistoczeń Anglia wciąż pozostaje monarchią pełną konserwatywnego blichtru. Karol III nie porusza się po Londynie rowerem jak jego szwedzki odpowiednik. Jego niedawno zmarła matka spędziła swoje niemal stuletnie życie szczelnie zamknięta w murach królewskich rezydencji. Tymczasem mój syn fotografuje Londyn, a ja z córką gniję gdzieś na obrzeżach dawnej Kongresówki żywiąc nadzieją, że mróz, który trzyma od kilku dni to już agonia tej zimy.
Czytam Jona Fossego w rozmowie z Eskilem Skjeldalem. “Misterium wiary” jest wyznaniem, które Fosse wydaje się czynić niechętnie, bowiem jak pisze Skjeldal: “Przekonanie, że misterium powinno być spowite milczeniem, bywa niekiedy silniejsze niż potrzeba jego rozgłaszania”. "Bóg jest, ale nie istnieje" - mówi Fosse powołując się na Ciorana - "Dla mnie oznacza to, że Bóg jest we wszystkim, co jest, jest częścią wszystkiego, co jest, lecz nie jest czymś ograniczonym, czymś, co można zdefiniować w taki czy inny sposób, nie jest żadnym obiektem, więc w pewnym sensie nie jest niczym, co egzystuje, co istnieje".
Przekonuje mnie ta optyka. Jest ostrożna i radykalna jednocześnie. W rycie rzymskim ociera się niemal o herezję. Fosse po alkoholowej zapaści, której doświadcza jako dojrzały mężczyzna nawraca się na katolicyzm. Nie ma w nim jednak ślepego zapału neofity, chociaż modlitwa na różańcu stała się częścią jego rutyny. Podobnie jak komunia i abstynencja. Tak jakby jeden spirytus miał zostać zastąpiony “drugim”. Widzę w tym jednak coś autentycznego. Doświadczenie wiary, która wydaje się wyborem. Nie jest to nawrócenie, które James Williams określiłby jako “nagłe”. Nie jest to również do końca “zdrowomyślność”, o której Williams pisze. Jest w akcie konwersji Fossego coś z postawy przewrotnej. Jest skłonność do odstępstw na użytek własny. Być może nie ma jeszcze w nawróceniu Fossego miejsca na wątpliwości, ale jak sam twierdzi są one doświadczeniem istot inteligentnych. Jest również w tym, co Fosse opowiada o doświadczeniu wiary jakiś potencjał odstępstw od nazwijmy to “głównego nurtu”, co z punktu widzenia ortodoksji może być potraktowana jako przejaw pychy. Nie wymyśla się przecież Boga na użytek własny. To byłoby zbyt proste, zdecydowanie za wygodne. Bóg “jest”. Nie “robi się” Boga - tak po prostu. Nawet jeśli jest się norweskim noblistą z sążnistym dorobkiem, doświadczeniem uzależnienia oraz przeżytym cudownym ocaleniem w dzieciństwie. Boga się bierze “na wiarę”. A Fosse chciałby tego Boga “na wiarę” ale też cokolwiek - “na rozum”. Tischner nie widzi w tym wprawdzie sprzeczności, ale znajdą się tacy, którzy ową sprzeczność zauważą.
Fosse uważa, że błędem jest myślenie o Bogu jako "bycie". Jest to jeden z najpowszechniejszych błędów popełnianych przez ludzi wierzących. Tymczasem "(...) o Bogu niczego nie da się powiedzieć, natomiast można powiedzieć coś o wszystkim, co znajduje się w obrębie świata. (...) Bóg istnieje w zupełnie inny sposób niż wszystko inne, co istnieje". Wiąże się to zdaniem Fosse'go z tym, co powiada Wittgenstein - że oto “sens świata - to, co czyni świat logicznym, nie-przypadkowym - musi leżeć poza światem". Jednocześnie Fosse zauważa, że to co Heidegger nazywa "byciem", w kulturze japońskiej określa się mianem "pustki". Gdyby zatem podstawić w miejsce Boga owo “bycie”, które w myśleniu o Bogu dominuje można by pomiędzy Bogiem i pustką postawić znak równości. "W tym miejscu wkracza Jezus Chrystus i (...) zamienia pustkę w pełnię, coś do czego my ludzie możemy odnosić się poprzez słowa, poprzez język. Bóg opuścił swoją pustkę i poprzez Jezusa Chrystusa stał się człowiekiem oraz językiem” - stwierdza norweski noblista - by już po chwili wnioskować przy wsparciu Heideggera, że “bycie” to transcendencja: “(...) to co najbliższe, a jednocześnie najdalsze człowiekowi. Jakże łatwo zamienić słowo "bycie" na "Bóg" - mówi Fosse zanim zapyta: “Zatem Bóg jest tak blisko nas, że Go nie zauważamy?"
W tym sensie Fosse dostrzega w ludzkim pragnieniu Boga "tęsknotę za tym, co nie posiada języka, tęsknotę za tym, co nie ma granic, co jest czystym bytem, czystą nicością." Chciałoby się przywołać w tym miejscu św. Augustyna, który pisze: "Jeśli nikt mnie nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem".
Jednocześnie nie należy tracić z oczu, niemal kontrkulturowego wymiaru dokonywanego współcześnie aktu konwersji. Doskonale istotę rzeczy definiuje sam Fosse, w dwóch krótkich zdaniach o piorunującej mocy: "Czasami zresztą wydaje mi się” - pisze Fosse - “że ludzie nie byliby bardziej zdziwieni, gdybym powiedział, że właśnie wracam z burdelu, niż są wtedy, kiedy mówię, że wracam z mszy. Jedno i drugie stanowi jakby taki sam powód do wstydu".
I z tym właściwie należałoby pozostać. Tak należałoby to zostawić, ponieważ to są słowa, a język ostatecznie powinien wobec “spraw bożych” zawsze bankrutować - bezsilny, nieskuteczny, niewystarczający i pusty. "Świętość może zostać ukazana jedynie poprzez ukrycie. Powiew świętości można jedynie poczuć, a nie wypowiedzieć." - mówi Jon Fosse w “Misterium wiary”, które czytam, kiedy moja córka przygotowuje swojej króliczce kolację z ziół i truskawek.
Trwa ładowanie...