"Stado. Dziennik"
22.02.2026 (niedziela)
Wieczór zmarnowany na lekturę “O Bogu” - rozmowy Normana Mailera, dwukrotnego zdobywcy nagrody Pulitzera z Michaelem Lennonem - emerytowanym profesorem literaturoznawstwa uniwersytetu Wilkesa w Pensylwanii. Mailer obszernie dzieli się swoimi refleksjami na temat natury Boga, a kuriozalny dialog dwóch starszych panów przybiera formę potwornego, przepełnionego infantylną projekcją i niepoważnymi stwierdzeniami katechizmu rodem z literatury grozy lub dark fantasy. Mailer występuje w roli kogoś, kto w arbitralny i retoryczny sposób objawia czytelnikowi prawdy o Stwórcy, którego rozumie tak jak mu wygodnie i chyba jest to jedyne kryterium, którym ten skądinąd wyśmienity pisarz, posługuje się w tym, co ma do zaproponowania w zakresie namysłu teologicznego. Autor wybornej “Pieśni kata” zaprasza do lunaparku, w którym futbol amerykański miesza się w metaforze z dwudziestowieczną Zagładą Żydów, procesem ewolucji oraz reinkarnacją, którą zdaniem Mailera proces Zagłady niefortunnie zaburzył (sic!), ponieważ Bóg nie mógł poradzić sobie z nazbyt liczną kolejką, która wskutek zbrodniczych działań podjętych przez niemieckich nazistów ustawiła się do kolejnych wcieleń (sic!). Oczywiście nie bez znaczenia pozostaje udział Diabła w procesie psucia bożej roboty.
Jest tutaj również akt stworzenia. Bóg widziany jako artysta zawsze niezadowolony ze swojego dzieła, który projektuje dinozaury, a następnie pogrąża w smutku nad niedoskonałością swojej demiurgicznej aktywności (sic!). Równie wstrząsające może okazać się Mailerowskie odkrycie, że oto Bóg tworząc świat - jako inżynier i architekt jednocześnie - nie przewidział i przeraził się po wielokroć występującymi na planecie trzęsieniami ziemi. Papuga Ara, podobnie jak dinozaury nie została przez Boga uznana, za szczyt jego boskich możliwości. Bóg poczuł i wciąż czuje niedosyt, twórczą pasję.
Jednym słowem trudno orzec, co gorsze - komory gazowe, czy niemożliwy do okiełznania ruch płyt tektonicznych.
Z tym mniej więcej przychodzi Mailer, a Lennon słucha. Zysk i Sk-a natomiast Mailera wydaje, ponieważ dwa Pulitzery najwyraźniej czynią godnym uwagi każdy bełkot. A jest to bełkot pierwszorzędny, arogancki, naiwny i w gruncie rzeczy wyjątkowo amerykański ponieważ jest zrobiony ze wszystkiego, co w amerykańskiej kulturze wydaje się najgorsze. Mianowicie opowieść Mailera zrobiona jest z powierzchowności. Gdyby podobne rzeczy opowiadał na przykład Wojciech Cejrowski wszyscy pokładaliby się ze śmiechu lub pukali się w czoło z poniekąd słusznym poczuciem, że oto mamy do czynienia z prymitywną próbą zamknięcia dalece niedoskonałych obserwacji w system wierzeń, który przypomina treści, jakie można usłyszeć uczestnicząc w spotkaniu organizowanym przez rekruterów jakiejś sekty.
Tymczasem mój syn wraca nocą z Londynu, a wraca pełen wrażeń. Kilkanaście godzin później dzieli się nimi ze mną, a ja po ciężkim dniu słucham i odpoczywam zostawiając za sobą wszystko to, co mi w życiu nie daje spokoju, czego żałuję, albo za co sam sobie dał bym po pysku, bo nic tak boleśnie nie wraca do człowieka jak świadomość, że można było postąpić inaczej. Wystarczyło tylko nieco wcześniej wiedzieć to, co wie się teraz. Innymi słowy - inaczej się dało. Warto zostać z tą myślą, ponieważ przynosi ona odrobinę ulgi, kiedy w zmęczonej głowie wlecze się beznamiętnie korowód oskarżeń i wymówek. Cała współczesna psychologia grzmi o tym, żeby dla siebie być dobrym i taktownym, ja natomiast wciąż jestem dla siebie surowym audytorem.
Nocą przychodzi mi do głowy, krótki fragment tekstu, który mógłby stanowić początek powieści - tej, której z całą pewnością nigdy nie napiszę. Tak czy owak, notuję - jakbym miał postąpić inaczej, a przecież inaczej nie postąpię:
“Urodził się w listopadzie. Paliłem przed porodówką, ponieważ chciałem, żeby było jak w kinie - Ja palę jednego za drugim, a ona na górze rodzi nasze dziecko - Tak to sobie wtedy wymyśliłem. Teraz już nie pamiętam dlaczego. Było ciemno. Padał deszcz ze śniegiem. Marzłem. “Może pan zobaczyć dzidziusia, jeśli pan chce. Tylko proszę długo nie siedzieć i pod żadnym pozorem nie robić tutaj zdjęć!” – oznajmia ciemnowłosa, tęga pielęgniarka. Jej stopy obleczone są w przetarte, frotowe skarpetki. Więc na niepewnych nogach wchodzę do niewielkiego pomieszczenia, w którym ułożono noworodki. Zbliżam się do jednego z nich, jest różowy, ma niebieskie, migdałowe oczy, na głowie pyszni się złoty meszek. „Mój piękny” – mruczę pod nosem uwznioślony chwilą i kiedy chcę pochylić się nad dzieckiem, czuję na moim ramieniu ciężką dłoń pielęgniarki. “To nie ten. To tamten” – mówi i obraca mnie jak kukiełkę. Widzę więc fioletowo-szary, pomarszczony kawałek skóry, który wychyla się z bawełnianego zawiniątka. Żywa istota o barwie śliwki przygląda mi się uważnie jednym okiem. Drugie oko jest szczelnie zamknięte. Jak rana, która się zabliźnia. Cyklop - szeptam mniej wzniośle - Łypiący. “To pański syn – mówi pielęgniarka - Proszę tak nad nim nie chuchać, bo grypa. Zasadniczo nie prowadzimy odwiedzin. “Która godzina?” – pytam na wdechu, czuję jak drżą mi kolana. W ustach mi zaschło od wszystkich wypalonych papierosów. “20.43. Lepiej niech pan już idzie. Nie chcę mieć przez pana kłopotów.” Maleńki cyklop przygląda mi się z uwagą. “Mój piękny” - powtarzam idąc ciemnym, szpitalnym korytarzem.”
Trwa ładowanie...