Dasean powiódł spojrzeniem po marynarzach, którzy stali z bliskimi. Prawie nikt się nie odzywał, jakby zabrakło im już słów. Jakby mogli już tylko dawać swoją obecność.
– Idź. – Szturchnął go ojciec. – Idź, zanim znajdę argumenty za tym, że powinniście zostać.
– I tak mnie nie przekonasz – odpowiedział syn z uśmiechem. – Niech będzie. Ruszamy – zwrócił się do brata.
Uściskał mocno wszystkich członków rodziny, którzy mieli zostać w Ojczyźnie. Musiał na koniec zamrugać parę razy, by przegnać cisnące się do oczu łzy wzruszenia. Zmusił się nawet do radosnego uśmiechu, by dodać otuchy matce i siostrom.
– Niech Custos nad wami czuwa. – Masean położył dłonie na głowie jednego, a potem drugiego syna.
– I nad wami – odpowiedzieli obaj.
Ramię w ramię ruszyli w kierunku łódki. Po chwili inni wzięli z nich przykład. Wsiadali, brali do rąk wiosła i płynęli w stronę statków, nad którymi jeszcze tak niedawno pracowali. Skończone i wyczyszczone czekały, jakby niecierpliwie, aż cała załoga zbierze się na pokładzie i będzie można wreszcie wyruszyć. Wyruszyć w podróż, której ot tak dawno oczekiwali.
Dasean z bratem, jako swoim oficerem, zajęli jeden ze statków. I choć ich zadaniem było nadzorować i wydawać polecenia, nie zamierzali bezczynnie stać i jedynie przyglądać się pracy innych. Fissean stanął za sterem, a kapitan razem z resztą załogi przygotowywał łódź do wypłynięcia. Podnieśli kotwicę, wysunęli wiosła i ruszyli ku granicy fal. Nikt nie patrzył już na ląd, gdzie stali bliscy i przyjaciele. Nikt nie chciał, by nagła myśl nie sprawiła, że zawrócą w kierunku wyspy. Każdy więc skupiał się na przydzielonej sobie pracy, co pomagało odegnać smutek i zwątpienie. Wiedzieli bowiem, że są teraz odpowiedzialni za swoich towarzyszy. A błąd jednego marynarza mógł sprowadzić nieszczęście na całą resztę.
Trwa ładowanie...