"(...) A zatem "miłość" jako religia po upadku religii. "Ostateczna wiara po końcu wszelkiej wiary" - siła, która ma wypełnić "pustkę po Bogu, kraju, klasie, polityce i rodzinie zajmujących centralne miejsce w życiu poprzednich pokoleń”. W konsekwencji - jak zauważa Laurent-Mayard - budujemy społeczeństwa wokół "związków", zamiast budować je wokół np. przyjaźni lub rodziny. Warto dodać, że niekoniecznie tej definiowanej tradycyjnie. Wręcz przeciwnie.
Co do zasady “Postromantyczność” prowadzi nas przez skomplikowane zagadnienia począwszy od redefinicji przyjaźni, przez redefinicję miłości, na allorodzicielstwie skończywszy, ja natomiast po uważnej lekturze - niestety - nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że mam do czynienia z jedną z tych narracji, która próbuje forsować konstrukty i rozwiązania, o których wiemy, że nie sposób oprzeć na nich funkcjonowania społeczeństw, które mają przetrwać, rozwijać się - a tym samym, co wydaje się w tym wypadku konieczne - po prostu - mnożyć się w sensie ścisłym. Jeżeli przyjmiemy, zgodnie z życzeniem autorki, że heteroseksualność jest uznawana za normę w porządkach, które są niepożądane, to wcześniej czy później będziemy musieli zadać sobie pytanie, co w takim razie stanowi pożądaną normę, skoro większość osób heteroseksualnych znajduje się poza nią. Rzecz w tym, że czy nam się to podoba czy nie - większość osobników z gatunku homo sapiens przejawia jednak skłonności do interesowania się płcią przeciwną. (...)"