"(...) "Nie uprawia się ogródka na polach Apokalipsy (...) Większość naszych współczesnych mieni się wierzącymi, ale kultura, w której żyją, ignoruje ich wierzenia albo je sobie podporządkowuje. Ta kultura nie jest już religijna, ale nie jest też taka ateistyczna, jak by się tego sama po sobie spodziewała. Nasza epoka okazuje się niebywale skuteczna w tworzeniu na oślep cywilizacji, której absolutnie nie potrafi doprowadzić do ładu" - pisze Andre Malraux (“Przemijanie a literatura”) cytowany przez Kisiela w “Czwartej nad ranem”.
Znajduję ten fragment wczoraj w nocy i wiem, że to jest początek trudnej i wymagającej rozmowy - dialogu z tekstem - zwęszonym tropem, za którym podążam. Ateista, który sięga po religijny opis świata. Ziarno, które przytrafia się ślepej kurze. Nadmiar lub brak powagi - tym pachnie wnętrze tej “świątyni”, która powstaje w błyskawicznym tempie na użytek kogoś, kto być może powinien już zrozumieć, że stawką w tej Wielkiej Przygodzie jest wybór, nie namysł i nasłuchiwanie. Wybór - żadna inna łaska, która spada z nieba.: "Na naszej pustyni nie sypie się manna" - powiada Abraham Joshua Heschel. Nasza kultura dostarcza nam niezliczoną ilość wymówek. Na przykład - negocjacje. Zamęt sumienia interpretowany jako refleksja lub wewnętrzny dialog. Ignorowanie przeczuć. Odsuwanie od siebie intuicji. Być może negocjuję sam z sobą warunki tej “odmiany”. Mam oczy i nie widzę. Mam uszy i nie słyszę. Wymówka zamiast wyboru. Wygodna intelektualnie pozycja - zgłębiać, drążyć, eksplorować. Książki układać w stosy żeby to przykryć wiedzą. Żeby to zagłuszyć, bo przecież nic wielkiego się nie wydarza, żadnych objawień i iluminacji. Najzwyczajniej w świecie - budzę się i idę na spacer. (...)"